- No ile mieliśmy czekać? - odzywa się jedna kobiet łapiąc mnie za rękę i ciągnąc w głąb pokoju.
Spoglądam na drzwi tęsknym wzrokiem. Cała trójka wygląda prawie jak ciastka. Idealni, uśmiechnięci i świecący się. Jakby przed chwilą zwymiotował na nich jednorożec. Od wymyślnych kolorów ich włosów aż mnie mdli.
- Dobra, wskakuj na łóżko i bierzemy się do roboty - mówi druga pomagając jej przez ciągnięcie mnie za drugą rękę.
- Ale... - próbuję zaprotestować jednak nie dają mi dojść do słowa.
- Jestem Nancy, a to Dorothy i Mike. Jesteśmy ekipą przygotowawczą więc zajmiemy się Tobą aż nie przyjdzie twoja stylistka - mówi tak szybko i radośnie, że umiem jej przerwać
Lekko popychają mnie na łóżko, jednak moje zdezorientowanie jest tak duże, że tracę równowagę i siadam.
- No dobra rozbieraj się - mówi Dorothy
- Co?! - wybucham
Wywraca oczami.
- Pośpiesz się i tak jesteśmy spóźnieni - mówi
Wzdycham cicho.
- Ale całkowicie starczy jak wezmę prysznic i się ubiorę - zapewniam
Po chwili jestem już w samej bieliźnie i czuję się dużo bardziej głupio niż gdy tu wszedłem. Nie wiedziałem, że to możliwe.
- No ile mamy czekać? Całkiem - mówi Nancy
- Nie - odpowiadam stanowczo
Wyglądają na dość zażenowane, patrzą na siebie nadymając policzki. Widać, że komunikują się bezgłośnie.
- Chyba nie chcesz by Mike Cię rozbierał na siłę co? - pyta Dorothy
- Tym bardziej nie - mówię i wstaję
Próbują mnie łapać więc wybieram nawet nie łapiąc ubrań. Na moje nieszczęście wszystkie pokoje są zamknięte na pięć spustów, jeśli nie goniły by mnie 3 osoby to zaryzykowałbym sztuczki z wytrychami, ale cóż...
Wpadam do pierwszego otwartego pokoju, wiedzę Sam i jakąś kobietę, zaraz daję nura za kanapę, na której siedzą.
Widocznie są tak zszokowane, że nie wiedzą co powiedzieć.
- Nie było mnie tu - syknąłem do Sam
- Ale co...? - zaczyna ale wpadają już styliści.
Modlę się w myślach by nie myśleli o szukaniu.
- Zgubiliście coś? - pyta kobieta siedząca z Sam
- Na to wygląda - słyszę głos Dorothy
- Debilu, wyłaź - mówi Sam wkurzona
- No ale... - zaczynam i wtedy przede mną wyrasta Nancy
- Mam! - woła
- Ale ja nie chce! Zostawcie mnie! - czuję się załamany gdyż nienawidzę sytuacji, na które nie mam żadnego wpływu. Szoruję paznokciami po podłodze gdy ciągną mnie na siłę powrotem.
- Sam! Ty zdrajco! Ja się zemszczę! Zobaczysz! - wydzieram się
Drzwi pokoju się zamykają i jesteśmy już na korytarzu. Nancy przykłada mi jakąś maskę do twarzy. Czuję mdły, słodkawy zapach i po chwili świat wiruje mi przed oczami.
- Jasne, jasne, już to widzę. - odkrzykuję ze śmiechem, gdy Noctis jest wywlekany poza pokój.
Drzwi za nimi się zamykają, a ja wybucham śmiechem.
- Widzę, że poczucia humoru też mu nie brakuje. - odzywa się moja stylistka.
- To nie były żarty. On tak na poważnie. - chichoczę.
Uśmiecha się szeroko.
- Długo się znacie? - pyta
- Jesteśmy sąsiadami. Od zawsze. - odpowiadam.
Kiwa głową.
- Myślisz, że jego styliści sobie z nim poradzą? - pytam z powątpiewaniem.
- Na pewno musieli mu już dać jakiś środek nasenny lub uspokajający. To zapewne nie pierwsza taka sytuacja, więc są obeznani w tych sprawach.
Przytakuję. Przez chwilę siedzimy w ciszy.
- Co miał na myśli mówiąc, że się zemści? - pyta w końcu Clara.
Zastanawiam się, czy jednak nie jest jak reszta mieszkańców Kapitolu.
- Skąd mam wiedzieć. - wzruszam ramionami.
- Z tego co widzę, raczej nie rzuca słów na wiatr. Nie przejmujesz się? - mówi
Oby przestała zadawać tak idiotyczne pytania, bo jeszcze zmienię opinię na jej temat. A tego byśmy raczej nie chcieli. Patrzę na nią z powątpiewaniem.
- Jestem za sprytna, żeby mógł mi coś zrobić. - uśmiecham się kpiąco.
Jestem w pół śnie. Jest to cholernie męczące. Nie możesz w tym czasie nic robić ale też smacznie nie odpoczywasz. Cały czas słyszę różne głosy ale są tak zniekształcone przez mój mózg, że nawet ich nie rozróżniam nie wspominając już o rozumieniu słów. Tym bardziej ucieszyłem się gdy wolno plamy przed moimi oczami zaczęły układać się w obrazy. Wolno moim oczom zaczął ukazywać się pokój. Inny niż tamte. Widocznie Całkiem mnie uśpili, a teraz budzę się po wszystkim. Super. Mogłem tak przespać całe igrzyska. Pewnie będą niewyobrażalnie gorsze od tego. Wolno siadam i od razu opieram głowę na ręce by opanować ból głowy. Siedzę tak chwilę i wolno wstaję. W pokoju nie ma okien, więc nie mam pocięcia, która jest godzina. Wyciągam pierwszą lepszą bluzę z szafy i wychodzę na korytarz. O dziwo drzwi nie są zamknięte. Myślałem, że po prostu podejdę do nich po czym odwrócę się z niesmakiem kiedy stwierdzę, że nie umiem ich otworzyć i jeszcze się prześpię. Tym czasem snuję się wolno korytarzem nieco nieobecny.
Nie ma tu ani żywej duszy, jest dość ciemno więc prawdopodobnie jest środek nocy. Mijam wolno różne drzwi, parę sprawdzam, jednak wszystkie są zamknięte. Idę dalej korytarzem aż trafiam na drzwi podobne do balkonowych. O dziwo są otwarte! Chyba jest to jedyna rzecz tutaj. Opieram się o barierkę i patrzę w dół. Biorę głęboki wdech. Nagle czuje na sobie czyjeś spojrzenie. Odwracam się w kierunku ciemnego korytarza.
- Jesteś z 5 tak? - słyszę głos w ciemności i błyskają mi czyjeś oczy
- Zależy kto pyta - odpowiadam
Wolno koło mnie pojawia się chłopak o blond włosach. Szczerzy zęby.
- No ja - mówi wciskając ręce w kieszenie
Wywracam oczami lekko zirytowany.
- Chodziło bardziej o imię, czy tam nazwisko - odpowiadam siadając na poręczy balustrady.
- Rany, co ty taki opryskliwy? Smith Andreas ale mów mi Ender - mówi wywracając oczami
- Tak, jestem z piątki - odpowiadam na poprzednie pytanie
- Fajnie - mówi tylko i opiera się o balustradę obok.
Wzruszam ramionami. Znów słyszę jakieś kroki i po chwili widzę Sam.
- Cześć - mówię ale ona milczy
Nie wychodzi całkiem na balkon, po prostu stoi i patrzy na nas pustymi oczami.
- Ej..., co z nią nie tak? - pyta Ender zerkając na mnie
- Sam, wszystko gra? - pytam też lekko zdziwiony
Po chwili milczenia koło niej pojawia się druga dziewczyna, po poruszeniu Andreas'a stwierdzam, że to przyjaciółka z jego dystryktu.
- Halo? Dziewczyny? To nie jest śmieszne - mówi robi krok w ich kierunku i oboje zamieramy gdyż w ciemności za nimi porusza się jakiś cień.
Słychać przerażający śmiech. Jakaś dłoń na chwilę zakrywa usta dziewczyny z 11 ale nie ciągnie jej do tyłu. Trwa to jakąś sekundę, może dwie, a potem znika, a dziewczyna zaczyn się dusić. Chcę rzucić się w kierunku Sam ale jakbym przyrósł do ziemi. Mów towarzysz najwyraźniej cierpi na to samo gdyż szamocze się z własnymi stopami próbując oderwać je od ziemi.
Nie mam wyboru i muszę z przerażeniem patrzeć jak ta sama ręka przesuwa po szyi Sam malując drugi uśmiech, widocznie ten palec, który malował tą ścieżkę był umazany we krwi ponieważ widać ją uważnie. Nie jest to na szczęście krew Sam. Dziewczyna z 11 zamiera na ziemi widocznie nieżywa, jednak mało mnie to obchodzi. W końcu udaje mi się uwolnić i podbiegam dwoma krokami do Sam. Łapie ją za ramiona i zamieniam nas miejscami tak, że ona stoi teraz w świetle księżyca na balkonie, a ja w ciemności i dużo bardziej mi to odpowiada. Teraz nie jest to już ciemny korytarz ale po prostu ciemność, nicość.
- Sam, sam - powtarzam lekko klepię ją po policzku jednak nie reaguje.
Zamyka wolno oczy i już jestem gotowy ją łapać, ale ona otwiera je. Całe świecą złością, a może po prostu jej tęczówki zmieniły kolor na czerwony? Cofam się krok gdy widzę nóż w jej ręce. Gdy jej usta wykrzywiają się w drwiącym uśmiechu zaczynam się wolno cofać. Rusza moim śladem, mimo, że dalej otacza nas ciemność widzę ją wyraźnie jakby nadal stała na balkonie, którego drzwi dawno zniknęły. Nagle ktoś łapie mnie za ramiona od tyłu. Odruchowo próbuję uderzyć w napastnika, jednak trafiam w powietrze, patrzę przez ramię i widzę jedynie parę mglistych szarych dłoni i czerwone ślepia. Zaczynam się szamotać, patrząc na Sam mimowolnie. Po chwili jednak coś mnie paraliżuje i muszę stać spokojnie, a wtedy ona zatapia nóż w mojej klatce dźgając dokładnie w serce.
Z trudem próbuję złapać oddech, jednak to na nic. Wyciąga nóż i poprawia pchnięcie i tym razem czuję nóż w brzuchu. Kolejny cios w gardło, a ja za nim nie umiem umrzeć. Mogę jedynie tak stać i patrzeć na nią jak ona na mnie przed paroma minutami. Twarz Sam po chwili cała pokryta jest czerwonymi plamkami mojej krwi. Wolno obraz mi się rozmazuje. Po czym zapada ciemność. I co? To koniec? To było takie łatwe?
Otwieram oczy na łóżku cały zlany zimnym potem. Wolno wstaję. Patrzę na zegar, który wskazuje godzinę 14:11. Wlekę się do łazienki wykończony jak nigdy, a przecież cały czas spałem.
Po długim prysznicu i ubraniu się wychodzę z pokoju. Nie ma tu żadnych okien ale jest jasno. Wolno ruszam przed siebie, tym razem, na szczęście, na końcu korytarza jest jadalnia, nie balkon. Wszyscy już siedzą przy posiłku w tym też Sam.
- Sam, wyglądasz zupełnie inaczej, lepiej! - komplementuje mój wygląd Ellizabeth.
- Dziękuję. - mówię zupełnie szczerze, choć ja sama nie widzę gigantycznej różnicy.
Nasza opiekunka nie pozwala nam nic przełknąć do póki nie przyjdzie Noctis. Zastanawiam się co mogło go zatrzymać, ale nie narzekam. Mogę poczekać, nie przeszkadza mi to. W końcu pojawia się 10 minut później, z niewyraźnym wyrazem twarzy.
- No gdzie ty się podziewałeś? Już dawno minęła 14:00! - karci go Ellizabeth
- Nie musieliście czekać. - stwierdza i siada na jedyne wolne miejsce przy stole, obok mnie.
Teoretycznie powinny siedzieć tu z nami nasze stylistki, ale podobno mają dużo pracy przy naszych kostiumach. Zastanawiam się co to może być, skoro wymaga tak wiele pracy, ale wkrótce możemy już jeść, więc puszczam to w niepamięć. Na początku zupa grzybowa z grzankami, a na drugie danie naleśniki z syropem klonowym. Co jak co, ale jedzenie tutaj mają genialne.
- O 17:00 zaczyna się Parada Trybutów, na którą pod żadnym pozorem NIE możecie się spóźnić. Na szczęście wasze stylistki będą nad wszystkim czuwać i na pewno dostarczą was na czas. - mówi Ellizabeth.
Po chwili kończę jeść tak jak całe moje towarzystwo oprócz Noctis'a, który jakoś tak nieobecnie od samego początku posiłku grzebie w talerzu.
- Noctis, wszystko w porządku? - uprzedza mnie nasza opiekunka.
Podnosi na nią powoli wzrok.
- Tak, dlaczego sądzisz inaczej? - pyta i się lekko uśmiecha
- No to jedz, musisz mieć siłę! - chichocze.
Gdy wszyscy są już gotowi rozchodzimy się do pokoju. Mam godzinę czasu dla siebie, na odpoczynek itd., a potem przyjdzie po mnie Clara i zaczniemy przygotowania. Siedzę na kanapie w "moim" pokoju i myślę. Nie powiem, trochę się stresuję. Już nawet nie tyle, że zobaczy mnie całe Panem, ale dlatego, że to będzie moja pierwsza konfrontacja z innymi trybutami. Mimo, że mówię sobie, że również mogę udawać hmm... groźną? Ten fakt mnie nie pociesza. Patrząc na wszystkie Igrzyska jakie oglądałam, zawodowcy będą co najmniej dwa razy więksi i silniejsi ode mnie. Chociaż mogą być nawet trzy razy silniejsi, bo akurat siła mnie nie cechuje. Co jest ze mną nie tak? Stresuję się idiotyczną Paradą Trybutów, a co będzie przed indywidualnym szkoleniem, albo wywiadem? Dość, mówię sobie. Dość myślenia o tym. Kładę się na kanapie i myślę, co może robić teraz mama z David'em. Wyciągam jego sznurek z kieszeni (z którym nie rozstaję się ani na krok) i zaczynam się nim bawić. Plączę węzły, rozplątuję je. Owijam sobie go wokół palca, czekam aż palec zsinieje i puszczam. W końcu wchodzi Clara.
- Gotowa? - pyta.
Wstaję powoli.
- Chodź. Zrobimy z ciebie prawdziwe cudo. - mówi i puszcza mnie przodem w drzwiach.
Nie idziemy tam gdzie wcześniej. Wchodzimy do pokoju naprzeciwko i podążamy do garderoby. Siadam na wygodnym (a nawet bardzo!) krześle i oddaję się w ręce Clary.
- Zjadłaś obiad? - pyta, a ja kiwam głową. - To dobrze. Musisz się prezentować jak najlepiej na rydwanie.
Rozpuszcza mi włosy i chwilę się im przygląda. Następnie idzie do szafki obok i wyciąga z niej jakąś puszkę.
- Sam, zrobię ci niebieskie pasemka. Spokojnie, zejdą po jednym myciu włosów. To tylko na potrzeby Parady.
- Na pewno będzie dało się je zmyć? - wolę się upewnić.
- Tak. Masz moje słowo.
- W takim razie okej. - mówię.
Zaczyna czesać moje włosy, myć je, suszyć, farbować, układać, lokować. Następnie bierze się do mojej twarzy. Ląduje na niej mnóstwo smarowideł, podkładów, pudrów, cieni, tuszów. Końcowy efekt jest taki, że mam nienaturalnie długie, ale pociągające rzęsy, oczy podkreślone czarną kredką i niebieskim tuszem. Makijaż jest ostry, ale ładny. Usta bez zmian, bez żadnej szminki. Włosy natomiast... Cudo. Mam bujne loki, moje brązowe włosy są teraz brązowo-niebieskie.
- Teraz przejdźmy do ubrania. - mówi i klaszcze w ręce. - Spodoba ci się.
Przechodzimy do pokoju obok, gdzie czeka na mnie obcisły kombinezon. Pokazuje mi palcem łazienkę. Idę do niej posłusznie i uważając na włosy oraz twarz wciskam się w ubranie. Obciera mnie ze wszystkich stron i wyglądam jakbym była jedynie umazana smołą i nie miała ubrania. Wychodzę niepewnie.
- To ma być takie ciasne? - pytam rozciągając się lekko.
- Tak. To podkreśla twoje kształty i jest częścią planu - puszcza mi oczko.
Szczerze, to po jej obietnicach spodziewałam się czegoś lepszego. Patrzę na zegar. 16:45.
- Chodź, idziemy. - mówi i wychodzimy.
Idziemy długim korytarzem, co jakiś czas skręcamy. Schodzimy po schodach, znowu idziemy, skręcamy. W końcu otwiera przede mną masywne drzwi i ukazuje mi się ogromne (!) pomieszczenie. Stoi tam dwanaście rydwanów, ustawionych do wyjścia, które jeszcze jest zamknięte. Roi się tam od ludzi, stylistów, mentorów i.... trybutów. Staram się nie zwracać uwagi na ich drwiące spojrzenia i podążam z Clarą do mojego rydwanu i do Noctis'a, który już tam czeka. Ma taki sam kombinezon jak ja, postawione włosy. Unosi wysoko brwi i się uśmiecha, gdy mnie widzi.
- Postanowili z nas zrobić bliźniaków? - pyta patrząc na nasze kostiumy. - No, ty w tym wyglądasz lepiej. - uśmiecha się figlarnie.
Trącam go łokciem i odwzajemniam uśmiech. Trybuci wyglądają normalnie. Ci z jedynki, jak co roku ubrani na złoto, masa ozdób. Dwunastka stroje górnicze, a siódemka - przebrana za drzewa.
- Słuchajcie. Kiedy wsiądziecie na rydwany wciskam przycisk. Po waszych kostiumach zacznie płynąć i iskrzyć się sztuczny prąd, no wiecie. Nie macie się czego bać, nic was nie porazi, to nie jest prawdziwe. Sztuczne. - mówi.
Zaskoczyła mnie. Smutno mi, że jej nie doceniłam. Rozlega się głos, informujący nas o tym, że mamy zająć swoje miejsca. Wsiadamy na rydwan piąty. Strasznie się stresuję, żołądek mi się kurczy.
- Nie martwcie się, będzie dobrze. - Clara unosi kciuki do góry.
Drzwi się otwierają i pierwsze rydwany już wyjeżdżają. Słychać ryk ludzi z Kapitolu. Zdaję sobie sprawę, że "prąd" już po nas biegnie i wyglądamy zjawiskowo. Nie widziałam nigdy czegoś takiego. Wyjeżdżamy na trasę i niemal słyszę, jak Caesar Flickerman komentuje nasz wygląd. Ja jednak jestem nieobecna. Stres mnie pożarł doszczętnie. W połowie drogi już nawet nie odrywam wzroku od konia. Noctis chyba to zauważył, bo nagle (no tak nagle, zupełnie) zaczął mnie łaskotać. Odwracam się gwałtownie w jego stronę i omal nie spadam z rydwanu. Gdyby nie to, że mnie przytrzymał, już byłabym na ziemi, a nie rydwanie.
- Uważaj - mówię stawiając ją równo
- Ja mam uważać? - nie wytrzymuje i wybucha - ty mnie wyprowadzasz z równowagi!
Parskam śmiechem i muszę się lekko podeprzeć by nie skręcać się ze śmiechu po ziemi.
- Ostrzegałem Cię, że się zemszczę po tym jak mnie wydałaś - szepcze jej do ucha
Wywraca oczami i mimowolnie się uśmiecha co spotyka się z radosnym krzykiem tłumu. Nie mam zamiaru myśleć o co im chodzi.
- Jesteś najwredniejszą osobą na świecie - odpowiada
- Może - śmieję się
Pokazuje mi język. Tak, w tym roku parada chyba na prawdę się zmieniła. Pierwszy raz ktoś całkiem nie myśli o tym, że będzie musiał za parę dni walczyć na śmierć i życie.
Przejeżdżamy przez plac i nasz rydwan zatrzymuje się tuż koło rydwanu z 4. Uspokajamy się nieco poważniejąc.
Kiedy już wszyscy są prezydent zaczyna wypowiadać tę samą przemowę co co roku. Mimo, że i Sam i mnie średnio to interesuje słuchamy z powagą. Mimo, że do wszystkiego staramy się podchodzić luźno nie można przecież przeginać, a żarty w tej chwili źle by się skończyły. Średnio słucham konkretnych słów bardziej koncentruję się na spoglądaniu na innych. Ocenianiu szans. Wzdrygam się dopiero gdy nasz rydwan znów rusza. Rzucam jeszcze tylko szybkie spojrzenie na prezydenta i mam wrażenie, że patrzy na mnie. Pewnie tylko mi się zdaje, na pewno. Poza tym wszyscy na nas patrzą i nie tylko, więc byłoby to głupie stwierdzenie. Jak tylko znów się zatrzymujemy zadowolony schodzę na ziemię.
- Co na to też więcej nie wsiądziesz? - pyta Sam z rozbawieniem
- Właśnie miałem to powiedzieć - stwierdzam
- Chyba nie lubisz jeździć niczym z kapitolu - zauważa
- No, raczej. Wolę chodzić pieszo mimo, że to trwa dłużej i jest męczące - odpowiadam
Wzrusza jedynie ramionami. Wolno wleczemy się do naszych stylistów i Elizabeth czekających przy windzie.
- Byliście świetni - stwierdza stylistka Sam, której imienia nie znam
Szczerze ledwo pamiętam imię własnej...
Mamy już jechać na górę gdy ktoś łapie naszą windę.
- Możemy się z wami zabrać? - pyta i szczerzy zęby w uśmiechu, który dobrze znam
Przede mną stoi Andreas... To imię na długo zaryje mi się w pamięci. Tak więc razem z resztą z 11 wchodzą do nas. Winda jest duża, więc mieścimy się z luzem. Ja opieram się o tylną ścianę. Stylistki wymieniają jakieś uwagi. Sam opiera się o ścianę prostopadłą do mnie tuż obok. Kiedy ja patrzę na stylistów ona obserwuje trybutów z 11.
- Cześć - wita się ze mną Ender
- Znamy się? - pytam jednak udaję, dobrze go pamiętam.
Patrzy na mnie przenikliwie jednak widocznie nic nie umie wyczytać, postarałem się by tak było.
- Możliwe, że nie, ale zawsze możemy się poznać - zauważa
- Po co? Żeby potem nie umieć się zamordować na arenie? - pytam sucho
Uśmiecha się nieco drwiąco co strasznie mnie irytuje. Zawsze gdy widzę jego uśmiech wydaje mi się pełen pogardy i wyższości co jest nie do zniesienia.
- Mogę się przydać - zauważa jakby czytał mi w myślach
Milczę. Wzruszam tylko ramionami. Winda zatrzymuje się na naszym piętrze.
Pierwsi wychodzą styliści i Elizabeth potem puszczam Sam, a wtedy chłopak przytrzymuje mnie za ramię.
- To nie był normalny sen, pogadamy na treningu - mówi i puszcza, a ja bez emocji ruszam za Sam
- Czego chciał? - pyta
- Niczego - odpowiada dość obojętnie
- Możecie iść się teraz przebrać. - mówi nasza opiekunka pokazując nam drzwi do naszych pokoi. Są obok siebie. - Za 20 minut jest kolacja, w pokojach macie ubrania na zmianę.
Idziemy do drzwi rozglądając się jeszcze dookoła.
- Faktycznie musisz się przebrać. - mówię do Noctis'a, gdy jesteśmy już obok pokoi. - Wyglądasz w tym jak... yy... no.. - uśmiecham się szeroko.
- Ha ha ha, bardzo śmieszne. - też się uśmiecha. - Ty się nie przebieraj.
Wcale się nie rumieniąc, wchodzę do pokoju. Moim oczom ukazuje się przestrzenne pomieszczenie. Jest tu bardzo duże okno (takie jak w salonie) z możliwością zasłonienia. Łóżko jest widocznie dwuosobowe, ale lubię luksusy, więc nie narzekam. Pościel jest jedwabiście biała. Obok stoi szafka i lampka nocna, która reaguje na klaśnięcie. Jest tu niebanalna, minimalistyczna szafa, którą otwiera się przyciskiem. Jest tam masa ubrań. Wyciągam stamtąd przylegające, czarne dżinsy, niebieską bluzę z kapturem i białe trampki. Idę z tym do łazienki, która okazuje się ogromna. Prysznic z milionami przycisków uaktywniających wodę i jej temperaturę oraz ciśnienie, wanna, umywalka, toaleta, szafka, lustro, podgrzewana podłoga. Biorę szybki prysznic nieco orientując się w przyciskach, chociaż kilka razy zaskakuje mnie lodowata woda. Następnie ubieram na siebie rzeczy, które wyciągnęłam z szafy, okazują się wygodne. Włosy zostawiam tak jak są, wieczorem coś z nimi zrobię. Wychodzę z łazienki i zostawiam kostium w szafie. Kładę się na łóżku. Na suficie są namalowane gwiazdy i księżyc. Albo nie... Nie są namalowane. To taki ekran, który je wyświetla. Księżyc wolno sunie po niebie. Patrzę się na to i zastanawiam się co będzie. Chyba będziemy musieli zawrzeć z kimś sojusz, ale czy to dobry pomysł? Potem będziemy musieli zabić tych ludzi... albo oni nas. Zresztą wygra tylko jedna osoba z dwudziestu czterech, więc to chyba lepiej, jeśliby nas zabili. Nie chciałabym za żadne skarby zostać w finale z Noctis'em. A jeśli już sojusz to z kim? Z trybutami z 11, którzy jechali dzisiaj z nami windą? Są godni zaufania? Powtarzam sobie, aby o tym nie myśleć, ale problem w tym, że pora zacząć. Zostało 5 dni. 3 dni szkolenia, pod koniec ostatniego występ indywidualny, jeden dzień na przygotowanie do wywiadu, piątego dnia wywiad. Szóstego dnia wyruszam na arenę. No właśnie. Na jaką arenę trafię? Las? Puszcza? Pustynia? A może jakieś śnieżne obszary? Nienawidzę zimna. Jaką zdobędę ocenę? Zawodowcy pewnie 9-10... Wstaję i idę do szafy. Szukam sukienki z dożynek. Wyciągam z jej kieszeni sznurek David'a. Wtedy dociera do mnie, że prawdopodobnie już nigdy więcej go nie zobaczę. Ściskam prezent od niego mocno w ręce. Chciałabym obiecać mu, że postaram się wrócić, ale to niemożliwe.
- Sam! Kolacja! - słyszę wołanie Ellizabeth.
- Już idę! - wołam, odkładam sznurek i wychodzę z pokoju.
Przy stole już wszyscy siedzą, a ja z pół uśmiechem zajmuję miejsce obok Noctis'a.
Zerkam na Sam.
- Masz świetny humor - zauważam
Wzrusz ramionami.
- A nie mogę? - odgryza się
- Możesz - uśmiecham się mimowolnie
Jemy kolację, siedzę w milczeniu kiedy Sam co jakiś czas rzuca parę słów w rozmowę. Zamyślam się znacznie nie zwracając na nich większej uwagi.
- Co ty na to Noctis? - słyszę głos Elizabeth i dopiero teraz podnoszę wzrok
- Co? - pytam wracając do rzeczywistości
- Chyba się rozmarzyłeś - śmieje się Sam
- Może troszkę - stwierdza biorąc gryza kanapki
- Sam zaproponowała byście najpierw poszli postrzelać z łuku, a ja pytałam co to na to - powtarza Elizabeth niezrażona
- A..., no..., może być... - stwierdzam dość obojętnie - zobaczymy
- Ty lepiej idź się prześpij bo jak jutro będziesz taki nieprzytomny to aż sobie współczuje - mówi Sam ze śmiechem
- Tia... - odpowiadam wolno wstając - Jak znowu masz mieć koszmary to możesz przyjść - rzucam jeszcze tylko do Sam i wlokę się do pokoju
Nie mam pojęcia co mnie tak zmęczyło ale marzę tylko o walnięciu się na łóżko i to jak najszybciej. Biorę krótki, zimny prysznic ponieważ nie chce mi się czekać tych kilkudziesięciu sekund na nagrzanie wody. Nie siedzę jednak pod wodą długo gdyż zaraz wychodzę i się wycieram. Miało być to tylko na otrzeźwienie. Przynajmniej częściowe. Zakładam tylko bieliznę i rzucam się na łóżko. Jest ciepło, nawet bardzo. W domu mój pokój był na północ, a o ogrzewaniu można było pomarzyć więc miałem zawsze chłodno. W lato jednak było to całkiem przyjemne. Nie muszę czekać długo na sen.
Rano, obudziłem się około czwartej. Zwlokłem się z łóżka gdyż wiedziałem, że dłużej nie pośpię. Zawsze tak mam, po prostu zawsze. Idę spać zmęczony, wcześnie. Wstaję w nocy. Idę wziąć prysznic bo jestem cały mokry. Gdy tylko wychodzę podchodzę do szafy. Do tej pory nie musiałem z niej korzystać ale widocznie ktoś z sprzątaczy, że tak to nazwę zwinął moje wczorajsze ubranie, w którym byłem na kolacji. Rzucam na łóżko czarny podkoszulek i spodnie tego samego koloru. Znajduję do tego wygodną skórzaną kurtkę i szybko to ubieram, po czym gotowy siada na łóżku. Zabrali mi właściwie wszystkie rzeczy jakie miałem przy sobie więc siedzę i patrzę w ścianę przed sobą. Przypominam sobie, że mam talię kart... Każdy mógł coś zabrać, a ja stwierdziłem, że przyda mi się to na nudę. Tasuję je szybko i zaczynam układać sobie pasjansa co nie jest zbyt ekscytujące. Tym sposobem udaje mi się dotrwać do ósmej, o której ma być śniadanie. Związuje je recepturką i chowam do kieszeni po czym ruszam na nie.
Wzrusz ramionami.
- A nie mogę? - odgryza się
- Możesz - uśmiecham się mimowolnie
Jemy kolację, siedzę w milczeniu kiedy Sam co jakiś czas rzuca parę słów w rozmowę. Zamyślam się znacznie nie zwracając na nich większej uwagi.
- Co ty na to Noctis? - słyszę głos Elizabeth i dopiero teraz podnoszę wzrok
- Co? - pytam wracając do rzeczywistości
- Chyba się rozmarzyłeś - śmieje się Sam
- Może troszkę - stwierdza biorąc gryza kanapki
- Sam zaproponowała byście najpierw poszli postrzelać z łuku, a ja pytałam co to na to - powtarza Elizabeth niezrażona
- A..., no..., może być... - stwierdzam dość obojętnie - zobaczymy
- Ty lepiej idź się prześpij bo jak jutro będziesz taki nieprzytomny to aż sobie współczuje - mówi Sam ze śmiechem
- Tia... - odpowiadam wolno wstając - Jak znowu masz mieć koszmary to możesz przyjść - rzucam jeszcze tylko do Sam i wlokę się do pokoju
Nie mam pojęcia co mnie tak zmęczyło ale marzę tylko o walnięciu się na łóżko i to jak najszybciej. Biorę krótki, zimny prysznic ponieważ nie chce mi się czekać tych kilkudziesięciu sekund na nagrzanie wody. Nie siedzę jednak pod wodą długo gdyż zaraz wychodzę i się wycieram. Miało być to tylko na otrzeźwienie. Przynajmniej częściowe. Zakładam tylko bieliznę i rzucam się na łóżko. Jest ciepło, nawet bardzo. W domu mój pokój był na północ, a o ogrzewaniu można było pomarzyć więc miałem zawsze chłodno. W lato jednak było to całkiem przyjemne. Nie muszę czekać długo na sen.
Rano, obudziłem się około czwartej. Zwlokłem się z łóżka gdyż wiedziałem, że dłużej nie pośpię. Zawsze tak mam, po prostu zawsze. Idę spać zmęczony, wcześnie. Wstaję w nocy. Idę wziąć prysznic bo jestem cały mokry. Gdy tylko wychodzę podchodzę do szafy. Do tej pory nie musiałem z niej korzystać ale widocznie ktoś z sprzątaczy, że tak to nazwę zwinął moje wczorajsze ubranie, w którym byłem na kolacji. Rzucam na łóżko czarny podkoszulek i spodnie tego samego koloru. Znajduję do tego wygodną skórzaną kurtkę i szybko to ubieram, po czym gotowy siada na łóżku. Zabrali mi właściwie wszystkie rzeczy jakie miałem przy sobie więc siedzę i patrzę w ścianę przed sobą. Przypominam sobie, że mam talię kart... Każdy mógł coś zabrać, a ja stwierdziłem, że przyda mi się to na nudę. Tasuję je szybko i zaczynam układać sobie pasjansa co nie jest zbyt ekscytujące. Tym sposobem udaje mi się dotrwać do ósmej, o której ma być śniadanie. Związuje je recepturką i chowam do kieszeni po czym ruszam na nie.