niedziela, 8 marca 2015

Część Druga: Przygotowania do Igrzysk [Part 3]

Gdy tylko wchodzę do pokoju i widzę jakiś ludzi, którzy wyglądają jak strachy na wróble krzywię się i cofam krok w stronę drzwi. Jakiś facet i dwie kobiety. Super. Po prostu świetnie. Odruchowo szukam klamki by otworzyć drzwi i się wycofać.
- No ile mieliśmy czekać? - odzywa się jedna  kobiet łapiąc mnie za rękę i ciągnąc w głąb pokoju.
Spoglądam na drzwi tęsknym wzrokiem. Cała trójka wygląda prawie jak ciastka. Idealni, uśmiechnięci i świecący się. Jakby przed chwilą zwymiotował na nich jednorożec. Od wymyślnych kolorów ich włosów aż mnie mdli.
- Dobra, wskakuj na łóżko i bierzemy się do roboty - mówi druga pomagając jej przez ciągnięcie mnie za drugą rękę.
- Ale... - próbuję zaprotestować jednak nie dają mi dojść do słowa.
- Jestem Nancy, a to Dorothy i Mike. Jesteśmy ekipą przygotowawczą więc zajmiemy się Tobą aż nie przyjdzie twoja stylistka - mówi tak szybko i radośnie, że umiem jej przerwać
Lekko popychają mnie na łóżko, jednak moje zdezorientowanie jest tak duże, że tracę równowagę i siadam.
- No dobra rozbieraj się - mówi Dorothy
- Co?! - wybucham
Wywraca oczami.
- Pośpiesz się i tak jesteśmy spóźnieni - mówi
Wzdycham cicho.
- Ale całkowicie starczy jak wezmę prysznic i się ubiorę - zapewniam
Po chwili jestem już w samej bieliźnie i czuję się dużo bardziej głupio niż gdy tu wszedłem. Nie wiedziałem, że to możliwe.
- No ile mamy czekać? Całkiem - mówi Nancy
- Nie - odpowiadam stanowczo
Wyglądają na dość zażenowane, patrzą na siebie nadymając policzki. Widać, że komunikują się bezgłośnie.
- Chyba nie chcesz by Mike Cię rozbierał na siłę co? - pyta Dorothy
- Tym bardziej nie - mówię i wstaję
Próbują mnie łapać więc wybieram nawet nie łapiąc ubrań. Na moje nieszczęście wszystkie pokoje są zamknięte na pięć spustów, jeśli nie goniły by mnie 3 osoby to zaryzykowałbym sztuczki z wytrychami, ale cóż...
Wpadam do pierwszego otwartego pokoju, wiedzę Sam i jakąś kobietę, zaraz daję nura za kanapę, na której siedzą.
Widocznie są tak zszokowane, że nie wiedzą co powiedzieć.
- Nie było mnie tu - syknąłem do Sam
- Ale co...? - zaczyna ale wpadają już styliści.
Modlę się w myślach by nie myśleli o szukaniu.
- Zgubiliście coś? - pyta kobieta siedząca z Sam
- Na to wygląda - słyszę głos Dorothy
- Debilu, wyłaź - mówi Sam wkurzona
- No ale... - zaczynam i wtedy przede mną wyrasta Nancy
- Mam! - woła
- Ale ja nie chce! Zostawcie mnie! - czuję się załamany gdyż nienawidzę sytuacji, na które nie mam żadnego wpływu. Szoruję paznokciami po podłodze gdy ciągną mnie na siłę  powrotem.
- Sam! Ty zdrajco! Ja się zemszczę! Zobaczysz! - wydzieram się
Drzwi pokoju się zamykają i jesteśmy już na korytarzu. Nancy przykłada mi jakąś maskę do twarzy. Czuję mdły, słodkawy zapach i po chwili świat wiruje mi przed oczami.


Nie wiem czy się śmiać czy płakać. Czy Jego ekipa przygotowawcza naprawdę nie potrafiła go zatrzymać, nie mówiąc już o opanowaniu? Pracownicy Kapitolu są naprawdę źle szkoleni, teraz to do mnie dotarło jeszcze głębiej niż kiedykolwiek.
- Jasne, jasne, już to widzę. - odkrzykuję ze śmiechem, gdy Noctis jest wywlekany poza pokój.
Drzwi za nimi się zamykają, a ja wybucham śmiechem.
- Widzę, że poczucia humoru też mu nie brakuje. - odzywa się moja stylistka.
- To nie były żarty. On tak na poważnie. - chichoczę.
Uśmiecha się szeroko.
- Długo się znacie? - pyta
- Jesteśmy sąsiadami. Od zawsze. - odpowiadam.
Kiwa głową.
- Myślisz, że jego styliści sobie z nim poradzą? - pytam z powątpiewaniem.
- Na pewno musieli mu już dać jakiś środek nasenny lub uspokajający. To zapewne nie pierwsza taka sytuacja, więc są obeznani w tych sprawach.
Przytakuję. Przez chwilę siedzimy w ciszy.
- Co miał na myśli mówiąc, że się zemści? - pyta w końcu Clara.
Zastanawiam się, czy jednak nie jest jak reszta mieszkańców Kapitolu.
- Skąd mam wiedzieć. - wzruszam ramionami.
- Z tego co widzę, raczej nie rzuca słów na wiatr. Nie przejmujesz się? - mówi
Oby przestała zadawać tak idiotyczne pytania, bo jeszcze zmienię opinię na jej temat. A tego byśmy raczej nie chcieli. Patrzę na nią z powątpiewaniem.
- Jestem za sprytna, żeby mógł mi coś zrobić. - uśmiecham się kpiąco.



Jestem w pół śnie. Jest to cholernie męczące. Nie możesz w tym czasie nic robić ale też smacznie nie odpoczywasz. Cały czas słyszę różne głosy ale są tak zniekształcone przez mój mózg, że nawet ich nie rozróżniam nie wspominając już o rozumieniu słów. Tym bardziej ucieszyłem się gdy wolno plamy przed moimi oczami zaczęły układać się w obrazy. Wolno moim oczom zaczął ukazywać się pokój. Inny niż tamte. Widocznie Całkiem mnie uśpili, a teraz budzę się po wszystkim. Super. Mogłem tak przespać całe igrzyska. Pewnie będą niewyobrażalnie gorsze od tego. Wolno siadam i od razu opieram głowę na ręce by opanować ból głowy. Siedzę tak chwilę i wolno wstaję. W pokoju nie ma okien, więc nie mam pocięcia, która jest godzina. Wyciągam pierwszą lepszą bluzę z szafy i wychodzę na korytarz. O dziwo drzwi nie są zamknięte. Myślałem, że po prostu podejdę do nich po czym odwrócę się z niesmakiem kiedy stwierdzę, że nie umiem ich otworzyć i jeszcze się prześpię. Tym czasem snuję się wolno korytarzem nieco nieobecny.
Nie ma tu ani żywej duszy, jest dość ciemno więc prawdopodobnie jest środek nocy. Mijam wolno różne drzwi, parę sprawdzam, jednak wszystkie są zamknięte. Idę dalej korytarzem aż trafiam na drzwi podobne do balkonowych. O dziwo są otwarte! Chyba jest to jedyna rzecz tutaj. Opieram się o barierkę i patrzę w dół. Biorę głęboki wdech. Nagle czuje na sobie czyjeś spojrzenie. Odwracam się w kierunku ciemnego korytarza.
- Jesteś z 5 tak? - słyszę głos w ciemności i błyskają mi czyjeś oczy
- Zależy kto pyta - odpowiadam
Wolno koło mnie pojawia się chłopak o blond włosach. Szczerzy zęby.
- No ja - mówi wciskając ręce w kieszenie
Wywracam oczami lekko zirytowany.
- Chodziło bardziej o imię, czy tam nazwisko - odpowiadam siadając na poręczy balustrady.
- Rany, co ty taki opryskliwy? Smith Andreas ale mów mi Ender - mówi wywracając oczami
- Tak, jestem z piątki - odpowiadam na poprzednie pytanie
- Fajnie - mówi tylko i opiera się o balustradę obok.
Wzruszam ramionami. Znów słyszę jakieś kroki i po chwili widzę Sam.
- Cześć - mówię ale ona milczy
Nie wychodzi całkiem na balkon, po prostu stoi i patrzy na nas pustymi oczami.
- Ej..., co z nią nie tak? - pyta Ender zerkając na mnie
- Sam, wszystko gra? - pytam też lekko zdziwiony
Po chwili milczenia koło niej pojawia się druga dziewczyna, po poruszeniu Andreas'a stwierdzam, że to przyjaciółka z jego dystryktu.
- Halo? Dziewczyny? To nie jest śmieszne - mówi robi krok w ich kierunku i oboje zamieramy gdyż w ciemności za nimi porusza się jakiś cień.
Słychać przerażający śmiech. Jakaś dłoń na chwilę zakrywa usta dziewczyny z 11 ale nie ciągnie jej do tyłu. Trwa to jakąś sekundę, może dwie, a potem znika, a dziewczyna zaczyn się dusić. Chcę rzucić się w kierunku Sam ale jakbym przyrósł do ziemi. Mów towarzysz najwyraźniej cierpi na to samo gdyż szamocze się z własnymi stopami próbując oderwać je od ziemi.
Nie mam wyboru i muszę z przerażeniem patrzeć jak ta sama ręka przesuwa po szyi Sam malując drugi uśmiech, widocznie ten palec, który malował tą ścieżkę był umazany we krwi ponieważ widać ją uważnie. Nie jest to na szczęście krew Sam. Dziewczyna z 11 zamiera na ziemi widocznie nieżywa, jednak mało mnie to obchodzi. W końcu udaje mi się uwolnić i podbiegam dwoma krokami do Sam. Łapie ją za ramiona i zamieniam nas miejscami tak, że ona stoi teraz w świetle księżyca na balkonie, a ja w ciemności i dużo bardziej mi to odpowiada. Teraz nie jest to już ciemny korytarz ale po prostu ciemność, nicość.
- Sam, sam - powtarzam lekko klepię ją po policzku jednak nie reaguje.
Zamyka wolno oczy i już jestem gotowy ją łapać, ale ona otwiera je. Całe świecą złością, a może po prostu jej tęczówki zmieniły kolor na czerwony? Cofam się krok gdy widzę nóż w jej ręce. Gdy jej usta wykrzywiają się w drwiącym uśmiechu zaczynam się wolno cofać. Rusza moim śladem, mimo, że dalej otacza nas ciemność widzę ją wyraźnie jakby nadal stała na balkonie, którego drzwi dawno zniknęły. Nagle ktoś łapie mnie za ramiona od tyłu. Odruchowo próbuję uderzyć w napastnika, jednak trafiam w powietrze, patrzę przez ramię i widzę jedynie parę mglistych szarych dłoni i czerwone ślepia. Zaczynam się szamotać, patrząc na Sam mimowolnie. Po chwili jednak coś mnie paraliżuje i muszę stać spokojnie, a wtedy ona zatapia nóż w mojej klatce dźgając dokładnie w serce.
Z trudem próbuję złapać oddech, jednak to na nic. Wyciąga nóż i poprawia pchnięcie i tym razem czuję nóż w brzuchu. Kolejny cios w gardło, a ja za nim nie umiem umrzeć. Mogę jedynie tak stać i patrzeć na nią jak ona na mnie przed paroma minutami. Twarz Sam po chwili cała pokryta jest czerwonymi plamkami mojej krwi. Wolno obraz mi się rozmazuje. Po czym zapada ciemność. I co? To koniec? To było takie łatwe?
Otwieram oczy na łóżku cały zlany zimnym potem. Wolno wstaję. Patrzę na zegar, który wskazuje godzinę 14:11. Wlekę się do łazienki wykończony jak nigdy, a przecież cały czas spałem.
Po długim prysznicu i ubraniu się wychodzę z pokoju. Nie ma tu żadnych okien ale jest jasno. Wolno ruszam przed siebie, tym razem, na szczęście, na końcu korytarza jest jadalnia, nie balkon. Wszyscy już siedzą przy posiłku w tym też Sam.

  •   
Kończę rozmawiać z Clarą około godziny 13:30, po czym mam trochę czasu wolnego. Do naszych pokoi dotrzemy po paradzie, na razie zajmujemy zastępcze w Ośrodku Odnowy. Nie mam tam zbytnio nic do roboty, więc jestem strasznie zadowolona, gdy wybija 14:00, ponieważ o tej godzinie mamy stawić się do jadalni, którą wcześniej pokazała mi moja stylistka, i tam zjeść jakiś posiłek. Wolno ruszam korytarzem nigdzie się nie spiesząc. Docieram na miejsce i są już wszyscy oprócz Noctis'a. Witam moje towarzystwo i siadam na pozornie swoje miejsce.
- Sam, wyglądasz zupełnie inaczej, lepiej! - komplementuje mój wygląd Ellizabeth.
- Dziękuję. - mówię zupełnie szczerze, choć ja sama nie widzę gigantycznej różnicy.
Nasza opiekunka nie pozwala nam nic przełknąć do póki nie przyjdzie Noctis. Zastanawiam się co mogło go zatrzymać, ale nie narzekam. Mogę poczekać, nie przeszkadza mi to. W końcu pojawia się 10 minut później, z niewyraźnym wyrazem twarzy.
- No gdzie ty się podziewałeś? Już dawno minęła 14:00! - karci go Ellizabeth
- Nie musieliście czekać. - stwierdza i siada na jedyne wolne miejsce przy stole, obok mnie.
Teoretycznie powinny siedzieć tu z nami nasze stylistki, ale podobno mają dużo pracy przy naszych kostiumach. Zastanawiam się co to może być, skoro wymaga tak wiele pracy, ale wkrótce możemy już jeść, więc puszczam to w niepamięć. Na początku zupa grzybowa z grzankami, a na drugie danie naleśniki z syropem klonowym. Co jak co, ale jedzenie tutaj mają genialne.
- O 17:00 zaczyna się Parada Trybutów, na którą pod żadnym pozorem NIE możecie się spóźnić. Na szczęście wasze stylistki będą nad wszystkim czuwać i na pewno dostarczą was na czas. - mówi Ellizabeth.
Po chwili kończę jeść tak jak całe moje towarzystwo oprócz Noctis'a, który jakoś tak nieobecnie od samego początku posiłku grzebie w talerzu.
- Noctis, wszystko w porządku? - uprzedza mnie nasza opiekunka.
Podnosi na nią powoli wzrok.
- Tak, dlaczego sądzisz inaczej? - pyta i się lekko uśmiecha
- No to jedz, musisz mieć siłę! - chichocze.
Gdy wszyscy są już gotowi rozchodzimy się do pokoju. Mam godzinę czasu dla siebie, na odpoczynek itd., a potem przyjdzie po mnie Clara i zaczniemy przygotowania. Siedzę na kanapie w "moim" pokoju i myślę. Nie powiem, trochę się stresuję. Już nawet nie tyle, że zobaczy mnie całe Panem, ale dlatego, że to będzie moja pierwsza konfrontacja z innymi trybutami. Mimo, że mówię sobie, że również mogę udawać hmm... groźną? Ten fakt mnie nie pociesza. Patrząc na wszystkie Igrzyska jakie oglądałam, zawodowcy będą co najmniej dwa razy więksi i silniejsi ode mnie. Chociaż mogą być nawet trzy razy silniejsi, bo akurat siła mnie nie cechuje. Co jest ze mną nie tak? Stresuję się idiotyczną Paradą Trybutów, a co będzie przed indywidualnym szkoleniem, albo wywiadem? Dość, mówię sobie. Dość myślenia o tym. Kładę się na kanapie i myślę, co może robić teraz mama z David'em. Wyciągam jego sznurek z kieszeni (z którym nie rozstaję się ani na krok) i zaczynam się nim bawić. Plączę węzły, rozplątuję je. Owijam sobie go wokół palca, czekam aż palec zsinieje i puszczam. W końcu wchodzi Clara.
- Gotowa? - pyta.
Wstaję powoli.
- Chodź. Zrobimy z ciebie prawdziwe cudo. - mówi i puszcza mnie przodem w drzwiach.
Nie idziemy tam gdzie wcześniej. Wchodzimy do pokoju naprzeciwko i podążamy do garderoby. Siadam na wygodnym (a nawet bardzo!) krześle i oddaję się w ręce Clary.
- Zjadłaś obiad? - pyta, a ja kiwam głową. - To dobrze. Musisz się prezentować jak najlepiej na rydwanie.
Rozpuszcza mi włosy i chwilę się im przygląda. Następnie idzie do szafki obok i wyciąga z niej jakąś puszkę.
- Sam, zrobię ci niebieskie pasemka. Spokojnie, zejdą po jednym myciu włosów. To tylko na potrzeby Parady.
- Na pewno będzie dało się je zmyć? - wolę się upewnić.
- Tak. Masz moje słowo.
- W takim razie okej. - mówię.
Zaczyna czesać moje włosy, myć je, suszyć, farbować, układać, lokować. Następnie bierze się do mojej twarzy. Ląduje na niej mnóstwo smarowideł, podkładów, pudrów, cieni, tuszów. Końcowy efekt jest taki, że mam nienaturalnie długie, ale pociągające rzęsy, oczy podkreślone czarną kredką i niebieskim tuszem. Makijaż jest ostry, ale ładny. Usta bez zmian, bez żadnej szminki. Włosy natomiast... Cudo. Mam bujne loki, moje brązowe włosy są teraz brązowo-niebieskie.
- Teraz przejdźmy do ubrania. - mówi i klaszcze w ręce. - Spodoba ci się.
Przechodzimy do pokoju obok, gdzie czeka na mnie obcisły kombinezon. Pokazuje mi palcem łazienkę. Idę do niej posłusznie i uważając na włosy oraz twarz wciskam się w ubranie. Obciera mnie ze wszystkich stron i wyglądam jakbym była jedynie umazana smołą i nie miała ubrania. Wychodzę niepewnie.
- To ma być takie ciasne? - pytam rozciągając się lekko.
- Tak. To podkreśla twoje kształty i jest częścią planu - puszcza mi oczko.
Szczerze, to po jej obietnicach spodziewałam się czegoś lepszego. Patrzę na zegar. 16:45.
- Chodź, idziemy. - mówi i wychodzimy.
Idziemy długim korytarzem, co jakiś czas skręcamy. Schodzimy po schodach, znowu idziemy, skręcamy. W końcu otwiera przede mną masywne drzwi i ukazuje mi się ogromne (!) pomieszczenie. Stoi tam dwanaście rydwanów, ustawionych do wyjścia, które jeszcze jest zamknięte. Roi się tam od ludzi, stylistów, mentorów i.... trybutów. Staram się nie zwracać uwagi na ich drwiące spojrzenia i podążam z Clarą do mojego rydwanu i do Noctis'a, który już tam czeka. Ma taki sam kombinezon jak ja, postawione włosy. Unosi wysoko brwi i się uśmiecha, gdy mnie widzi.
- Postanowili z nas zrobić bliźniaków? - pyta patrząc na nasze kostiumy. - No, ty w tym wyglądasz lepiej. - uśmiecha się figlarnie.
Trącam go łokciem i odwzajemniam uśmiech. Trybuci wyglądają normalnie. Ci z jedynki, jak co roku ubrani na złoto, masa ozdób. Dwunastka stroje górnicze, a siódemka - przebrana za drzewa.
- Słuchajcie. Kiedy wsiądziecie na rydwany wciskam przycisk. Po waszych kostiumach zacznie płynąć i iskrzyć się sztuczny prąd, no wiecie. Nie macie się czego bać, nic was nie porazi, to nie jest prawdziwe. Sztuczne. - mówi.
Zaskoczyła mnie. Smutno mi, że jej nie doceniłam. Rozlega się głos, informujący nas o tym, że mamy zająć swoje miejsca. Wsiadamy na rydwan piąty. Strasznie się stresuję, żołądek mi się kurczy.
- Nie martwcie się, będzie dobrze. - Clara unosi kciuki do góry.
Drzwi się otwierają i pierwsze rydwany już wyjeżdżają. Słychać ryk ludzi z Kapitolu. Zdaję sobie sprawę, że "prąd" już po nas biegnie i wyglądamy zjawiskowo. Nie widziałam nigdy czegoś takiego. Wyjeżdżamy na trasę i niemal słyszę, jak Caesar Flickerman komentuje nasz wygląd. Ja jednak jestem nieobecna. Stres mnie pożarł doszczętnie. W połowie drogi już nawet nie odrywam wzroku od konia. Noctis chyba to zauważył, bo nagle (no tak nagle, zupełnie) zaczął mnie łaskotać. Odwracam się gwałtownie w jego stronę i omal nie spadam z rydwanu. Gdyby nie to, że mnie przytrzymał, już byłabym na ziemi, a nie rydwanie.



- Uważaj - mówię stawiając ją równo
- Ja mam uważać? - nie wytrzymuje i wybucha - ty mnie wyprowadzasz z równowagi!
Parskam śmiechem i muszę się lekko podeprzeć by nie skręcać się ze śmiechu po ziemi.
- Ostrzegałem Cię, że się zemszczę po tym jak mnie wydałaś - szepcze jej do ucha
Wywraca oczami i mimowolnie się uśmiecha co spotyka się z radosnym krzykiem tłumu. Nie mam zamiaru myśleć o co im chodzi.
- Jesteś najwredniejszą osobą na świecie - odpowiada
- Może - śmieję się
Pokazuje mi język. Tak, w tym roku parada chyba na prawdę się zmieniła. Pierwszy raz ktoś całkiem nie myśli o tym, że będzie musiał za parę dni walczyć na śmierć i życie.
Przejeżdżamy przez plac i nasz rydwan zatrzymuje się tuż koło rydwanu z 4. Uspokajamy się nieco poważniejąc.
Kiedy już wszyscy są prezydent zaczyna wypowiadać tę samą przemowę co co roku. Mimo, że i Sam i mnie średnio to interesuje słuchamy z powagą. Mimo, że do wszystkiego staramy się podchodzić luźno nie można przecież przeginać, a żarty w tej chwili źle by się skończyły. Średnio słucham konkretnych słów bardziej koncentruję się na spoglądaniu na innych. Ocenianiu szans. Wzdrygam się dopiero gdy nasz rydwan znów rusza. Rzucam jeszcze tylko szybkie spojrzenie na prezydenta i mam wrażenie, że patrzy na mnie. Pewnie tylko mi się zdaje, na pewno. Poza tym wszyscy na nas patrzą i nie tylko, więc byłoby to głupie stwierdzenie. Jak tylko znów się zatrzymujemy zadowolony schodzę na ziemię.
- Co na to też więcej nie wsiądziesz? - pyta Sam z rozbawieniem
- Właśnie miałem to powiedzieć - stwierdzam 
- Chyba nie lubisz jeździć niczym z kapitolu - zauważa 
- No, raczej. Wolę chodzić pieszo mimo, że to trwa dłużej i jest męczące - odpowiadam 
Wzrusza jedynie ramionami. Wolno wleczemy się do naszych stylistów i Elizabeth czekających przy windzie. 
- Byliście świetni - stwierdza stylistka Sam, której imienia nie znam
Szczerze ledwo pamiętam imię własnej...
Mamy już jechać na górę gdy ktoś łapie naszą windę. 
- Możemy się z wami zabrać? - pyta i szczerzy zęby w uśmiechu, który dobrze znam 
Przede mną stoi Andreas... To imię na długo zaryje mi się w pamięci. Tak więc razem z resztą z 11 wchodzą do nas. Winda jest duża, więc mieścimy się z luzem. Ja opieram się o tylną ścianę. Stylistki wymieniają jakieś uwagi. Sam opiera się o ścianę prostopadłą do mnie tuż obok. Kiedy ja patrzę na stylistów ona obserwuje trybutów z 11. 
- Cześć - wita się ze mną Ender
- Znamy się? - pytam jednak udaję, dobrze go pamiętam. 
Patrzy na mnie przenikliwie jednak widocznie nic nie umie wyczytać, postarałem się by tak było. 
- Możliwe, że nie, ale zawsze możemy się poznać - zauważa 
- Po co? Żeby potem nie umieć się zamordować na arenie? - pytam sucho
Uśmiecha się nieco drwiąco co strasznie mnie irytuje. Zawsze gdy widzę jego uśmiech wydaje mi się pełen pogardy i wyższości co jest nie do zniesienia. 
- Mogę się przydać - zauważa jakby czytał mi w myślach 
Milczę. Wzruszam tylko ramionami. Winda zatrzymuje się na naszym piętrze. 
Pierwsi wychodzą styliści i Elizabeth potem puszczam Sam, a wtedy chłopak przytrzymuje mnie za ramię. 
- To nie był normalny sen, pogadamy na treningu - mówi i puszcza, a ja bez emocji ruszam za Sam
- Czego chciał? - pyta
- Niczego - odpowiada dość obojętnie 
  •  
Idziemy wolno za stylistkami i Ellizabeth do drzwi. Wchodząc, zauważam bardzo duże pomieszczenie, świetnie wystylizowane. Stoi tam stół otoczony krzesłami, ozdobne lampy wiszą nisko nad ziemią. Jedna ze ścian jest cała szklana, widać Kapitol. Stoi tu kilku awoksów, czyli takich naszych osobistych służących. Zauważam też kilka drzwi, zapewne do naszych prywatnych pokoi.
- Możecie iść się teraz przebrać. - mówi nasza opiekunka pokazując nam drzwi do naszych pokoi. Są obok siebie. - Za 20 minut jest kolacja, w pokojach macie ubrania na zmianę.
Idziemy do drzwi rozglądając się jeszcze dookoła.
- Faktycznie musisz się przebrać. - mówię do Noctis'a, gdy jesteśmy już obok pokoi. - Wyglądasz w tym jak... yy... no.. - uśmiecham się szeroko.
- Ha ha ha, bardzo śmieszne. - też się uśmiecha. - Ty się nie przebieraj.
Wcale się nie rumieniąc, wchodzę do pokoju. Moim oczom ukazuje się przestrzenne pomieszczenie. Jest tu bardzo duże okno (takie jak w salonie) z możliwością zasłonienia. Łóżko jest widocznie dwuosobowe, ale lubię luksusy, więc nie narzekam. Pościel jest jedwabiście biała. Obok stoi szafka i lampka nocna, która reaguje na klaśnięcie. Jest tu niebanalna, minimalistyczna szafa, którą otwiera się przyciskiem. Jest tam masa ubrań. Wyciągam stamtąd przylegające, czarne dżinsy, niebieską bluzę z kapturem i białe trampki. Idę z tym do łazienki, która okazuje się ogromna. Prysznic z milionami przycisków uaktywniających wodę i jej temperaturę oraz ciśnienie, wanna, umywalka, toaleta, szafka, lustro, podgrzewana podłoga. Biorę szybki prysznic nieco orientując się w przyciskach, chociaż kilka razy zaskakuje mnie lodowata woda. Następnie ubieram na siebie rzeczy, które wyciągnęłam z szafy, okazują się wygodne. Włosy zostawiam tak jak są, wieczorem coś z nimi zrobię. Wychodzę z łazienki i zostawiam kostium w szafie. Kładę się na łóżku. Na suficie są namalowane gwiazdy i księżyc. Albo nie... Nie są namalowane. To taki ekran, który je wyświetla. Księżyc wolno sunie po niebie. Patrzę się na to i zastanawiam się co będzie. Chyba będziemy musieli zawrzeć z kimś sojusz, ale czy to dobry pomysł? Potem będziemy musieli zabić tych ludzi... albo oni nas. Zresztą wygra tylko jedna osoba z dwudziestu czterech, więc to chyba lepiej, jeśliby nas zabili. Nie chciałabym za żadne skarby zostać w finale z Noctis'em. A jeśli już sojusz to z kim? Z trybutami z 11, którzy jechali dzisiaj z nami windą? Są godni zaufania? Powtarzam sobie, aby o tym nie myśleć, ale problem w tym, że pora zacząć. Zostało 5 dni. 3 dni szkolenia, pod koniec ostatniego występ indywidualny, jeden dzień na przygotowanie do wywiadu, piątego dnia wywiad. Szóstego dnia wyruszam na arenę. No właśnie. Na jaką arenę trafię? Las? Puszcza? Pustynia? A może jakieś śnieżne obszary? Nienawidzę zimna. Jaką zdobędę ocenę? Zawodowcy pewnie 9-10... Wstaję i idę do szafy. Szukam sukienki z dożynek. Wyciągam z jej kieszeni sznurek David'a. Wtedy dociera do mnie, że prawdopodobnie już nigdy więcej go nie zobaczę. Ściskam prezent od niego mocno w ręce. Chciałabym obiecać mu, że postaram się wrócić, ale to niemożliwe.
- Sam! Kolacja! - słyszę wołanie Ellizabeth.
- Już idę! - wołam, odkładam sznurek i wychodzę z pokoju.
Przy stole już wszyscy siedzą, a ja z pół uśmiechem zajmuję miejsce obok Noctis'a.

Zerkam na Sam.
- Masz świetny humor - zauważam
Wzrusz ramionami. 
- A nie mogę? - odgryza się
- Możesz - uśmiecham się mimowolnie
Jemy kolację, siedzę w milczeniu kiedy Sam co jakiś czas rzuca parę słów w rozmowę. Zamyślam się znacznie nie zwracając na nich większej uwagi. 
- Co ty na to Noctis? - słyszę głos Elizabeth i dopiero teraz podnoszę wzrok
- Co? - pytam wracając do rzeczywistości
- Chyba się rozmarzyłeś - śmieje się Sam
- Może troszkę - stwierdza biorąc gryza kanapki
- Sam zaproponowała byście najpierw poszli postrzelać z łuku, a ja pytałam co to na to - powtarza Elizabeth niezrażona
- A..., no..., może być... - stwierdzam dość obojętnie - zobaczymy 
- Ty lepiej idź się prześpij bo jak jutro będziesz taki nieprzytomny to aż sobie współczuje - mówi Sam ze śmiechem
- Tia... - odpowiadam wolno wstając - Jak znowu masz mieć koszmary to możesz przyjść - rzucam jeszcze tylko do Sam i wlokę się do pokoju
Nie mam pojęcia co mnie tak zmęczyło ale marzę tylko o walnięciu się na łóżko i to jak najszybciej. Biorę krótki, zimny prysznic ponieważ nie chce mi się czekać tych kilkudziesięciu sekund na nagrzanie wody. Nie siedzę jednak pod wodą długo gdyż zaraz wychodzę i się wycieram. Miało być to tylko na otrzeźwienie. Przynajmniej częściowe. Zakładam tylko bieliznę i rzucam się na łóżko. Jest ciepło, nawet bardzo. W domu mój pokój był na północ, a o ogrzewaniu można było pomarzyć więc miałem zawsze chłodno. W lato jednak było to całkiem przyjemne. Nie muszę czekać długo na sen. 



Rano, obudziłem się około czwartej. Zwlokłem się z łóżka gdyż wiedziałem, że dłużej nie pośpię. Zawsze tak mam, po prostu zawsze. Idę spać zmęczony, wcześnie. Wstaję w nocy. Idę wziąć prysznic bo jestem cały mokry. Gdy tylko wychodzę podchodzę do szafy. Do tej pory nie musiałem z niej korzystać ale widocznie ktoś z sprzątaczy, że tak to nazwę zwinął moje wczorajsze ubranie, w którym byłem na kolacji. Rzucam na łóżko czarny podkoszulek i spodnie tego samego koloru. Znajduję do tego wygodną skórzaną kurtkę i szybko to ubieram, po czym gotowy siada na łóżku. Zabrali mi właściwie wszystkie rzeczy jakie miałem przy sobie więc siedzę i patrzę w ścianę przed sobą. Przypominam sobie, że mam talię kart... Każdy mógł coś zabrać, a ja stwierdziłem, że przyda mi się to na nudę. Tasuję je szybko i zaczynam układać sobie pasjansa co nie jest zbyt ekscytujące. Tym sposobem udaje mi się dotrwać do ósmej, o której ma być śniadanie. Związuje je recepturką i chowam do kieszeni po czym ruszam na nie.

czwartek, 19 lutego 2015

Część Druga: Przygotowania do Igrzysk [Part 2]

Daję jej spać. Bo czemu miałbym ją budzić? I tak też po chwili zasypiam i budzę się dopiero około dziewiątej kiedy rozlega się pukanie do drzwi. Przecieram oczy wolną ręką i delikatnie wyślizguję się spod Sam tak by jej nie obudzić. Podchodzę do drzwi i otwieram nieco zaspany. Widzę nieco wystraszoną twarz Elizabeth, która zaraz zmienia się w uśmiech kiedy mnie widzi. 
- Nie było Cię w pokoju... - zauważa
- Sam się obudziła z krzykiem i poszedłem ją uspokoić, mówiłem, że tak będzie - przypominam
Kiwa tylko głową. 
- Śniadanie - powiadamia i sobie idzie
Zostawiam Sam na drzwiach kartkę, z informacją o śniadaniu i, że już poszedłem po czym zamykam cicho drzwi i idę do siebie wziąć prysznic. Zbieram się dość szybko. Ubieram pierwsze co mam pod ręką i idę na śniadanie. Siadam tam gdzie ostatnio całkowicie bez słowa. Nie jem za dużo bo jak ostatnio widok mojego ojca odbiera mi całkiem apetyt. 
- Trzeba obmyślić jakąś strategię - powiadamia 
- Wiem - odpowiadam - Mam już wszystko - zapewniam nie podnosząc wzroku znad talerza
- No, przynajmniej to umiesz zrobić - mówi, a mnie aż krew zalewa i z trudem powstrzymuję się by mu nie przywalić
Po chwili jednak przychodzi Sam i zajmuje swoje miejsce. 
- A ty co myślisz o innych trybutach? - pytam zerkając na nią na chwilę i grzebię łyżką w misce płatków
- Zawodowcy jak zawsze są mocni - zauważa 
Przytakuję skinieniem głowy. 
- Masz pomysł na jakiś sojuszników? - pytam nie odrywając wzroku od płatków i dalej bawię się zamiast jeść
- Nie myślałam o tym - przyznaje 
- A powinnaś - zauważam i ziewam 
- Co Cię tak zmęczyło spanie? - pyta ojciec
- Nie, krzyki Sam o trzeciej - odpowiadam i przecieram oczy - Mniejsza, mimo wszystko muszę z Tobą wszystko omówić 
Mentor kiwa głową. 
- Na postoju? - proponuje 
- Może być - stwierdzam rezygnując ze śniadania - Sam, David dał Ci coś?
- Tak, ale... - zaczyna ale jej przerywam
- Nie zgub - mówię z rozbawieniem i zabieram paczkę papierosów ojca ze stolika
Idę do drzwi. 
- Noc! - woła za mną jakby chciała wyjaśnień ale nie zwracam uwagi. 
Wchodzę do pokoju i opieram się o ścianę przy oknie, zapalam sobie papierosa. Myślę o tym wszystkim i dopracowuje własny plan.  


Co to ma wszystko znaczyć. Co ma w sobie ten sznurek, że wszyscy tak go.. hmm... chronią? Nie rozumiem, ale nawet nie mam siły się nad tym zastanawiać. Ellizabeth natomiast zachowuje się, choćby w ogóle nie zauważyła, że Noctis wyszedł i zaczyna mówić.
- No więc jutro rano będziemy już na miejscu. Kapitol to cudowne miejsce, naprawdę. Pokochacie je od razu! - mówi rozpromieniona i na chwilę przerywa. - Moment... Gdzie jest Noctis? Pójdę po niego. Też powinien znać nasz plan. - uśmiecha się i wychodzi.
Chwilkę później wraca i ciągnie Noctis'a za rękę. Ten idzie znudzony, siada na swoim miejscu i oddaje ojcu papierosy, a on chowa je zaborczo i wraca do czytania gazety.
- No więc jak już mówiłam, jutro jesteśmy na miejscu i jedziemy prosto do Ośrodka Szkoleniowego. Co prawda nie dostaniemy penthouse'u, ale mogę was zapewnić, że 5 piętro jest cudowne! Poznacie swoich stylistów, którzy przygotują was do parady trybutów, która odbędzie się wieczorem. Potem trzy dni szkolenia, szkolenie indywidualne i moja ulubiona część! Wywiady! - ekscytuje się i nie umie usiedzieć w miejscu.
Nie umiem powstrzymać rozbawienia, tak jak reszta mojego towarzystwa. Ellizabeth widocznie uważa, że jesteśmy tak samo zafascynowani tym jak ona, więc nie obraża się. Kocham te prymitywne móżdżki mieszkańców Kapitolu.
- Wywiady są super, naprawdę! Macie tylko trzy minuty na rozmowę z Ceasar'em, ale to cudowne przeżycie! Musicie wypaść jak najlepiej, już ja o to zadbam! - obiecuje nam.
- Ellizabeth. - nie umiem powstrzymać śmiechu. - Z twoją pomocą na pewno wypadniemy wyśmienicie.
- Och, naprawdę tak uważasz? - chwyta się za serce. - Dziękuję Samantho.
Słysząc moje pełne imię jeszcze bardziej mi do śmiechu. Nikt tak do mnie nie mówił, wszyscy używali jedynie mojego zdrobnienia.

Siedzę i słucham niechętnie. Po co mi właściwie te informacje? Nie wiem. Może myśli, że coś z tego wyniosę? Że się postaram? Nie.
- A co można ćwiczyć w ośrodku szkoleniowym? - pytam opierając głowę na ręce
Reszta mało mnie obchodzi przez to tylko jest jedyna rzecz dla nas. Reszta jest tylko i wyłącznie dla zabawy Kapitolu więc możemy sobie to równie dobrze darować.
- Hym..., szermierka, strzelanie z łuku.. kamuflaż... - widocznie więcej nie umie wymienić
- Okej, może być - stwierdzam
Elizabeth uśmiecha się bo mogła mnie zadowolić, chodź tego nie zrobiła, ma pewnie takie wrażenie. Szczerze nie mam zamiaru brać się za żadną z tych rzeczy. 
Zaraz za skończyliśmy ruszam do pokoju mając dość tego wszystkiego. Zawsze lepsze to niż szukanie pracy po ulicach...
Kładę się na łóżko patrząc w sufit. Kiedy ktoś wchodzi do pokoju. Myślę, że to Sam więc odruchowo przesuwam się by mogła usiąść. 
- Nie kłopocz się, wezmę krzesło - słyszę głos ojca 
Siadam momentalnie i krzywi się. Wie, że spodziewałem się, że to ktoś inny więc nie nie mówię. 
- Mam nadzieję, że jednak nie jesteś tak głupi jak mi się wydaje i masz jakiś plan - mówi 
Kiwał głową. 
- Jakiś sojuszników masz upatrzonych? - pyta 
- Trójkę i... - waham się lekko myśląc
Czeka na odpowiedź jakby miał to być test i pewnie jest. Sprawdza czy warto mi poświęcić czas. 
- I Chłopaka z jedenastki, do tego Sam, więcej nie potrzebuję, a nawet będą zawadzać - zauważam 
- Racja - odpowiada i wolno wstaje - Plan już dopracowany rozumiem?
- Prawie i tak najpierw muszę z nimi pogadać to nie takie proste kiedy nie znasz sprzymierzeńców - odpowiadam
- Tak, nieźle. Dobra, pogadamy później mam jeszcze trochę roboty, jutro przyjedziemy i nie narób więcej wstydu - mówi
- A co? Zdążyłeś już narobić? - pytam 
Zerka na mnie przez ramię, zmusza się do krzywego uśmiechu. 
- Nie pyskuj bo polecisz na piechotę - odpowiada i wychodzi 



Podczas gdy Noctis i jego ojciec gdzieś zniknęli, ja muszę siedzieć i wysłuchiwać kazań i rad Ellizabeth. Za każdym razem natomiast gdy chcę już iść ona mnie zatrzymuje i mówi, że to wszystko bezsprzecznie i się przyda oraz, że warto abym tego wysłuchała, jeśli potem ma tłumaczyć mi coś więcej. Dlatego siedzę, słucham jej i się nudzę. Mam ochotę wstać i wyjść bez słowa, ale jestem prawie pewna, że potem nie dałaby mi spokoju. Kochani mieszkańcy Kapitolu, uwielbiam.
- Parada trybutów też jest ważna. Styliści wykażą się pewnie jak najlepiej, abyście wypadli cudownie! Chodzi tu nie tylko o to, aby poznał was Kapitol, ale także sam Pan Prezydent! Naprawdę! Gdy już wszystkie rydwany zjadą się w jedno miejsce, On wygłasza przemówienie i wita wszystkich trybutów! To jest..
- Tak wiem. Ekscytujące - macham rękami. - Znam to, co roku oglądam z tego relację, wiem jak to przebiega.
- Czyli jesteś taką samą zagorzałą fanką Igrzysk jak ja? Och, cieszę się, że nie jestem sama. - chichocze.
Ja? Fanką Igrzysk? Zabawne. Nie podważam jednak tego, bo coś czuję, że dyskusja wydłużyłaby się o kilka godzin..
- Wiesz, po paradzie wracamy na nasze piętro i mamy wolne do wieczora. Nie martw się, zobaczymy oczywiście jak wypadliście. - śmieje się. - Następnie są trzy dni w Ośrodku Szkoleniowym. Z tego co wiem jest kilka obowiązkowych ćwiczeń, ale tak to możecie robić co chcecie. Są tam różne stanowiska. Mówiłam już Noctis'owi jakie na przykład.
- A możesz podać więcej? Bo z tych co mówiłaś interesuje mnie tylko jedna rzecz. - zagaduję.
Jestem pewna, że nie poda nic więcej, albo coś czego nie będzie. Faktycznie, wygląda na lekko zmieszaną.
- A mówiłam ci już, że pod koniec trzeciego dnia będzie indywidualny pokaz umiejętności? - zmienia temat. Wiedziałam. - Organizatorzy was zobaczą i ocenią. Oceny obejrzymy wieczorem w telewizji. To przełomowy moment, wiele sponsorów bierze to pod uwagę.
- Ile kosztują takie podarunki dla trybutów? - pytam
- Och to zależy. Wszystkie są bardzo drogie, ale to oczywiste, że np. bochenek chleba będzie tańszy niż porządna broń. - odpowiada ucieszona, że się czymś zainteresowałam.
Kiwam głową. Nie żeby mi się to przydało, ale takie rzeczy warto akurat wiedzieć. Warto wiedzieć czego można się spodziewać lub czego oczekiwać.
- Po trzech dniach szkolenia jest jeden wolny dzień, w którym nauczę ciebie i Noctis'a jak się prawidłowo zachowywać na wywiadzie, natomiast wasz mentor nauczy was co mówić i jak się odnosić. - tłumaczy. - Następnego dnia macie cały wolny dzień aż do wieczora, wtedy są właśnie wspomniane wywiady, a po nich obejrzymy sobie relację. Po niej idziemy spać, a rano już są przygotowania do wysłania was na arenę. Niestety w tym temacie nie jestem dość obeznana.. - mówi
Kiwam głową. Co rok oglądam Igrzyska, chociażby przelotnie, więc orientuję się co nieco w sytuacji. Mimo wszystko, chociaż nie prosiłam, przybliżyła mi to jeszcze raz.



Dwa dni w pociągu są dla mniej więcej niż torturą. Nie potrafię siedzieć w zamkniętym poruszającym się miejscu, a co nie mam żadnego w pływu. Gorzej byłoby tylko gdyby to latało.
W końcu przygotowujemy się do wyjścia. W zasadzie nie mogę powiedzieć "my" gdyż ja siedzę gotowy na fotelu i czekam tylko aż ta pierońska maszyna zatrzyma się i mnie wypuści.
- Miałem lekką nadzieję, że to cholerstwo zabije nas po drodze i nie dojedziemy - mówię do Sam gdy pojawia się w końcu w salonie.
Śmieje się lekko ale dość krótko.
- Jasne, ty to masz pomysły - zauważa
Wzruszam ramionami.
- Nienawidzę pociągów - mówię
- Jedziesz pierwszy raz - przypomina mi siadając obok
- I mam nadzieję, że ostatni - wzdycham jakbym na prawdę był zawiedziony z tej podróży.
Sam znów się uśmiecha.
- Przeżyjesz chyba jeszcze te 30 minut - mówi
- A mam wybór? - odpowiadam pytaniem
- Nie - zauważa
- Właśnie
Siada na kanapie metr dalej. Siedzimy parę minut w milczeniu jednak przerywam to.
- Masz ochotę się nieco rozluźnić? - pytam wstając z lekkim uśmiechem
Chyba wie co mam na myśli gdyż też wstaje i się uśmiecha.
- Czemu nie? - wzrusza ramionami.
Ruszamy cicho przez pociąg i siadamy dopiero na samym końcu, na zewnątrz. Wyciągam papieros z paczki i zapalam, rzucam paczkę Sam. Po chwili zawahania ona robi to samo. 
- Tu nie słyszą co? - pyta 
- Ano, pewnie zaraz nas zaczną szukać - zauważam
Przytakuje skinieniem głowy i również zaczyna kurzyć. 
Siedzimy tak około pół godziny, jednak 5 minut przed zatrzymaniem się pociągu wchodzimy do środka i siadamy w ładowni. Siadamy sobie na skrzyniach i gadamy właściwie o niczym. O tym, co moglibyśmy teraz robić w domu. Mija nam tak prawie godzina kiedy w końcu wpada nasz mentor. 
- Mam ich! - woła na korytarz i zaraz za nim wpada Elizabeth
- Rany! Ale nam napędziliście strachu! - woła - Od prawie trzydziestu minut jesteśmy spóźnieni! - krzyczy po nas


Napędziliśmy jej strachu? A co, mielibyśmy wyskoczyć z pociągu? Albo się w nim zgubić? Albo może ktoś nas zabił gdy niewinnie siedzieliśmy we własnych przedziałach? A nie, przepraszam. Na to przyjdzie czas na arenie, na którą jesteśmy transportowani. "Wystarczyło dogłębnie poszukać Ellizabeth" - ciśnie mi się na usta, ale jednak milczę. Ona jednak nas ciągle pogania, wrzeszczy, szlocha i zawodzi. W końcu gdy mamy ze sobą wszystkie rzeczy, wychodzimy z pociągu. Jesteśmy na jakiejś stacji, ale nie ma tu nikogo oprócz nas. Albo faktycznie nieźle się spóźniliśmy, albo ta stacja jest przeznaczona dla nas. Ellizabeth nas prowadzi po schodach, za nią idę ja, potem Noctis, a za nim nasz mentor. W końcu wchodzimy drzwiami na szczycie schodów na korytarz. Jest ciemny z nielicznymi lampami. Jest tutaj wiele pokoi, zgaduję, że każdy z nich należy do jednego trybuta i jego ekipy przygotowawczej. Nie mylę się.
- No więc Samantho, ty idziesz tutaj - wskazuje jeden pokój - A ty Noctis tutaj - wskazuje pokój zaraz obok.
Stoimy w miejscu jakbyśmy nie zrozumieli prostej instrukcji nam wydanej. Nie wiem, czy jestem na to gotowa.
- No już, ruszać się! - mówi nasz mentor poganiając nas.
Patrzę jeszcze chwilę krzepiąco na Noctis'a i wchodzę do wskazanego mi pokoju. Drzwi za mną się zamykają. Pomieszczenie jest nieduże, znajduje się tu jedynie stolik z mnóstwem nożyczek, skalpeli i innych narzędzi, umywalka oraz hmm.... nie nazwałabym tego łóżkiem. To jest coś w rodzaju tego, co ma u siebie lekarz. Nie wiem jak to się nazywa, widzę to też zresztą chyba drugi raz w życiu, więc trudno mi się dziwić. Obok tego czegoś stoi moja ekipa przygotowawcza, ale bez stylisty bądź stylistki. Co dziwne, składa się z samych kobiet.
- Och, wreszcie jesteś! - mówi jedna z nich, wysoka, szczupła o wściekle czerwonych włosach i podobnym makijażu widocznym na 3 kilometry. - Nazywam się Will, a to jest Herties - wskazuje niską i bardzo chudą współtowarzyszkę, której włosy przypominają mi tęczę. Wszystkie kolory jakie tylko się wynajdzie. Makijaż również ostry, pasujący do fikuśnej fryzury. Gdy Will ją przedstawia, ta uśmiecha się od ucha do ucha i odsłania swoje śnieżnobiałe zęby. - A to jest Bonnie - pokazuje na bardzo wysoką kobietę o zielonych włosach i różowym makijażu. Rzuca się w oczy. Macha mi pogodnie ręką gdy słyszy swoje imię. - Jesteśmy twoją ekipą przygotowawczą i doprowadzimy cię do porządku przed spotkaniem z twoją stylistką - Clarą Crazyvien. No już, już! Szybciutko. Rozbieraj się i kładź się tutaj!
Czuję się dziwnie w otoczeniu obcych osób i to jeszcze takich dziwaków, którzy to wyrywają mi włosy, to myją, to szorują, obcinają paznokcie, piłują je, nakładają masę maseczek, kremów i odżywek. Cały czas rozmawiają, śmieją się i chichoczą doprowadzając mnie swoim akcentem do szału. Kapitol. Uwielbiam tych ludzi i ich makabryczne zachowanie. Ile bym dała, żeby być teraz w domu. Gdy kończą, boli mnie każdy kawałek ciała. Mimo wszystko, nie powiem, odwalili kawał dobrej roboty. Siedzę i czekam na Clarę, aż w końcu zjawia się. Nie wygląda jak moja ekipa. Włosy ma zwykłe, brązowe do ramion. Jedynie makijaż trochę rzuca się w oczy, a tak to wygląda normalnie. Brak jej też tego wkurzającego akcentu.
- Witaj Sam. Jestem Clara i jestem twoją stylistką. Będę cię przygotowywać do występów, tworzyć twoje kreacje itp.
- Witam.. - mówię niepewnie.
- Od razu mówię, to mój drugi rok na Igrzyskach, ale to nie znaczy, że przebierzesz się za.. no nie wiem.. Po prostu chcę powiedzieć, że zrobię co w mojej mocy aby twój strój zachwycił wszystkich na widowni, ale również ciebie. Nie będziesz paradować w jakimś żałosnym stroju, masz moje słowo.
- Dziękuję. Miło mi to słyszeć, zważając na to, jak byli ubierani trybuci z mojego dystryktu... - mówię. Byli ubierani beznadziejnie, naprawdę.
- Nie dopuścimy do tego, aby w tym roku ktoś się z ciebie śmiał. - lustruje mnie wzorkiem. Patrzy na moje włosy, oczy, usta, uszy, nogi, ręce, ramiona, wszystko. - Widzę cię już w pewnej kreacji... Ale to zobaczysz wieczorem. To ma być niespodzianka - uśmiecha się. - Może włóż szlafrok, pogadamy, co ty na to?
Kiwam głową i robię to, co powiedziała. Wstajemy i kierujemy się do drzwi w pokoju, których wcześniej nie widziałam. Prowadzą do małego salonu, ale jakże pięknie urządzonego. Na środku stoi stolik z owocami, jest tu kanapa, dwa fotele, wiele obszernych i dużych okien, ozdoby, obrazy, kwiaty. Zajmujemy miejsca na kanapie.
- A więc od razu mówię, że nie sądzę, aby udział w Igrzyskach to był jakiś szczególny zaszczyt, nie mam zamiaru ci gratulować, ale obiecuję ci, że nikt cię nie zapomni, szczególnie sponsorzy. - puszcza mi oko.
- Cieszę się.. - mówię, nie mam pomysłu na nic innego. - Przynajmniej ta część tego show będzie przyjemna..
- Jesteś dość pesymistycznie nastawiona... Widziałam już kątem oka twoich przeciwników, jeśli jesteś taka sprytna jak mi się wydaje, masz szansę.
- Tak, ale z dwudziestu czterech osób przeżyje tylko jedna, a ja przyjechałam tu z kimś z mojego dystryktu, kto jest dla mnie ważny..., a też będzie brał w tym udział.
Milczy chwilę.
- A tak. Widziałam tego chłopaka. Całkiem przystojny. - uśmiecha się do mnie szeroko, a ja odwzajemniam uśmiech.
Po chwili obie się śmiejemy. Mam szczęście, że trafiłam na taką stylistkę, a nie podobną do mojej ekipy przygotowawczej. Zastanawiam się, czy takie samo szczęście miał Noctis.

sobota, 7 lutego 2015

Część Druga: Przygotowania do Igrzysk [Part 1]

Dni tak mijają, a mój każdy dzień wygląda tak samo. Wstaję około jedenastej. Zmieniam opatrunek po czym siedzę cały dzień w domu, a wieczorem idę do Sam i rozmawiamy siedząc przed jej domem.
- Jutro dożynki - zauważa
- Mhm - kiwam głową
Podajemy sobie w połowie pustą butelkę z sokiem pomarańczowym. Sam długo na niego zbierała. Około połowę ( czyli większą część) odlała mamie i bratu, resztę pijemy teraz na zmianę po łyku. Biorę mały łyk i jej oddaje.
- Nie mamy wcale tak dużej szansy, nie ma co się stresować - zauważam
Sam przytakuje jedynie skinieniem głowy.
- Przyjdę rano i pójdziemy razem - zapewniam
Wydaje się nieco zamyślona więc zaraz potem dźgam ją z łokcia w ramię i dodaje:
- A potem idziemy nad jezioro pamiętasz?
- Tak, jasne - odpowiada i uśmiecha się promiennie



Rano, w dzień dożynek, budzę się wcześnie. Nie miałam żadnego snu i bardzo dobrze. Leżę jeszcze chwilę na łóżku i myślę, kto tym razem pojedzie na rzeź. Moje rozmyślania trwają na tyle długo, że w końcu do pokoju wchodzi mama, informuje mnie, że trzeba się zbierać i budzi David'a. No tak. To pierwszy rok mojego brata, a on wcale nie wygląda na zestresowanego. Wręcz przeciwnie. Mam wrażenie, że nie zdaje sobie sprawy jaki stres czeka go teraz przez kilka lat. Wstaję powoli, biorę szybki prysznic i wynajduję z szafy jakąś ciemno-niebieską sukienkę do kolan. Zwykła, lekko rozkloszowana na dole. Włosy upinam w kucyk i zakładam czarne buty. Rozmawiam chwilę z David'em i pierwszy raz widzę, że jest lekko zdenerwowany.
- Nie martw się. Nie wybiorą cię, masz tylko jeden los. To praktycznie niemożliwe. - zapewniam go
Przeglądam się jeszcze chwilę w lustrze.
- Sam, skarbie. - słyszę wołanie mamy i idę w jej kierunku - Masz gościa.
Domyślam się, że Noctis przyszedł.
- My już wyjdziemy. - informuję ją, a ona kiwa głową.
Wychodzę i zamykam drzwi za sobą. Noctis czeka od razu przy drzwiach.
- Jak noga? - pytam najpierw
- Dobrze. Prawie nie czuję, że coś z nią było nie tak. - uśmiecha się.
- To świetnie. - odwzajemniam uśmiech i ruszamy na plac.
Idziemy wolno, bo właściwie zostało jeszcze trochę czasu. Żadne z nas się nie odzywa, mamy swoje do przemyślenia. Coraz więcej osób wychodzi z domów i kieruje się tam gdzie my.
- W sumie mogliśmy wyjść wcześniej, nie lubię takich tłumów. - stwierdza Noctis.
- Racja. W przyszłym roku trzeba tak będzie zrobić. - śmieję się pod nosem.
Docieramy na plac i idziemy się zapisać. To nie boli, jedynie lekko piecze. Jestem już zapisana, czekam jeszcze na mojego towarzysza i idziemy środkiem placu, na jego koniec, do swoich przedziałów. Kiedy do nich docieramy ściskam jeszcze rękę Noctis'a i idę do dziewczyn z mojej grupy wiekowej. Stoję w tym tłumie jeszcze chwilę, po czym na scenie pojawia się Ellizabeth Mortimer, opiekunka naszego dystryktu i rozpoczyna Dożynki.



Stoję spokojnie patrząc na scenę. Nie dzieje się nic ciekawego, wszystko jak co roku. Nudy i jeszcze raz nudy. Słońce praży nas ostro przez co robi mi się nieco słabo i przestępuję cały czas z nogi na nogę. W końcu ku mojej uciesze zaczyna się losowanie. Tak, tak. Najgorsza rzecz dzisiaj, a ja się cieszę. Elizabeth losuje najpierw dziewczynę. Przyglądam się uważnie jej postaci. Kiedy słyszę nazwisko, które zostało wylosowane nieruchomieję. "Samantha Levis" Podnoszę szybko wzrok na Sam, która obdarza mnie przerażonym spojrzeniem. Biorę głęboki wdech. Wszystko będzie dobrze. Obserwuje ją jak wychodzi na scenę. Elizabeth losuje teraz z naszej puli. Odkąd usłyszałem Sam wiem, ze to nie nasz rok i jestem pewien, że to ja wyjdę jako drugi. Po chwili, która dla mnie jest wiecznością wyciąga kartkę. Z jednej strony czuję zdumiewającą ulgę, że to nie moje nazwisko, z drugiej znów drętwieje ponieważ słyszę drugie znane mi nazwisko. " David Levis". Pierwszy rok. Ten to ma pecha. Jeden los, a już wylosowany. Biorę głęboki wdech bo wiem co muszę zrobić. David ledwo co rusza się z swojego miejsca, a ja od razu wystrzeliwuję do przodu, że nie czasu zrobić więcej niż 3 kroki.
- Zgłaszam się za niego - mówię i patrzę znacząco na Sam po czym ruszam w tamtym kierunku.
Słychać jakiś pomruk w tłumie za mną, ale mam to gdzieś. Staję nieco sztywno koło Sam.
- Dobrze.., więc jak się nazywasz? - pyta Elizabeth, a żołądek podchodzi mi do gardła
- Noctis Black - odpowiadam co nieco więźnie mi w gardle
- Oklaski dla kolejnych trybutów - mówi
Rozlegają się donośne brawa, a gdy ja czuję na sobie wzrok Sam nie wiem czy chce mnie zabić czy podziękować. Chyba i jedno i drugie.
Zaraz po tym prowadzą nas gdzieś. Nigdy nie zwracałem nawet uwagi na igrzyska więc nie mam pocięcia gdzie, pewnie Sam wie wszystko.
- Powiedz bratu jak przyjdą, że ma zwiać to lasu i tam czekać, okej? Jeśli zginiemy może wrócić ale nie wcześniej - syczę jej do ucha tuż przed tym jak nas rozdzielają.


Z początku to co zwykle, Ellizabeth puszcza film, wita nas itp. itd. Następnie przechodzi do puli, skąd wylosuje nieszczęsną trybutkę tego roku. Miesza karteczki ręką, a ja zamykam oczy jak co roku podczas tego momentu. W końcu decyduje się na jedną kartkę i wyciąga ją. Obraca w dłoniach, otwiera i wyczytuje nazwisko.
- Samantha Levis! - mówi donośnie do mikrofonu.
Serce na moment przestaje mi bić. Zastanawiam się, czy się nie przesłyszałam, ale gdy otwieram oczy, wszystkie dziewczyny obok mnie patrzą na mnie ze współczuciem i robią mi miejsce, aby wyszła. Czuję, że zaraz będę wymiotować. Wyszukuję wzrokiem w tłumie Noctis'a i patrzę na niego sztywno, po czym idę drętwo na scenę. Ellizabeth macha do mnie, pomaga mi wejść po schodach i szybko ciągnie na środek sceny. Dalej już mało ją słucham. Jadę na arenę. Ellizabeth podchodzi do puli chłopców. Jadę na arenę. Wyciąga jedną kartkę. Jadę na arenę. Te słowa powtarzają się w mojej głowie co chwilę. A więc w końcu doczekałam tego momentu. Zwracam na nią uwagę dopiero wtedy, gdy odczytuje znane mi nazwisko z kartki.
- David Levis!
Co. Czy to żart? Tak, to żart. To perfidny, ohydny i straszny żart. A jednak nie. Mój brat wyłania się z tłumu z przestraszoną twarzą i powoli podąża do sceny. Albo raczej  ma taki zamiar, bo zaraz słyszę głos.
- Zgłaszam się za niego!
Nie muszę patrzeć, żeby wiedzieć kim jest ta osoba. Ellizabeth pyta go o imię, a ja razem z nim recytuję je w myślach. Noctis Black. Mam ochotę go uściskać i podziękować i jednocześnie zabić i pogrzebać. Nie mogę jechać z nim na arenę. Wygra tylko jedna osoba, a nawet jeśli byłabym to ja, to nie wyobrażam sobie życia bez niego. Ellizabeth nam gratuluje, przedstawia jeszcze raz i wyprowadzają nas ze sceny. Na chwilę idziemy z Noctis'em blisko siebie i wtedy on szepcze mi to do ucha.
- Powiedz bratu jak przyjdą, że ma zwiać to lasu i tam czekać, okej? Jeśli zginiemy może wrócić ale nie wcześniej.
O co mu dokładnie chodziło? Nie wiem. Ale to ma być wiadomość dla David'a więc decyduję się mu to przekazać. Pewnie i tak więcej zrozumie niż ja. Strażnicy Pokoju wprowadzają nas do oddzielnych pokoi gdzie przychodzą bliscy, aby się pożegnać. Nie mija chwila, gdy przychodzi moja mama z bratem. Od razu widzę, że płakała. Ja tymczasem stoję drętwo i jestem jakaś... jakby nieobecna.
- David... Noctis kazał wam przekazać, żebyście schowali się w lesie.. Nie wiem o co mu chodziło, ale wie co mówi... Pamiętasz mamo to jezioro, gdzie uczyłam się pływać? Niedaleko niego jest chatka, w której możecie się schronić. - mówię szeptem, bo wiem, że jesteśmy obserwowani.
Mama też nie wiele rozumie, ale David niemal natychmiast się zgadza.
- Mamo, musisz znaleźć pracę. Idź do piekarni, powiedz, że jestem twoją córką. Zatrudnią cię tam, to bardzo mili ludzie. David, nie bierz nigdy astragali. W chatce ukryta jest broń, jeśli trzeba będzie to polujcie. - instruuję ich.
W końcu żegnamy się ostatecznie, tulimy się itd. David wręcza mi swój sznurek do zabawy i mówi, żebym wróciła cała i zdrowa razem z Noctis'em.. i sznurkiem. Wychodzą. Pewnie idą też do drugiego trybuta.. Chwilę później przychodzi Tracy i Jenn z piekarni. Płaczą. Mówią, że dadzą pracę mojej mamie, jeśli tylko zechce. Dziękuję im, tulimy się, całujemy w policzek na pożegnanie i wychodzą. Przychodzi jeszcze kilka moich rzekomych koleżanek ze szkoły, niby mnie pocieszyć i życzyć powodzenia, ale tak naprawdę widzę ulgę na ich twarzach, że nie zostały wybrane. Potem nie przychodzi już nikt, oprócz Strażników Pokoju, którzy prowadzą mnie do pojazdu, którym zostaniemy przewiezieni na stację, do pociągu. Ellizabeth już tam jest, jak i kierowca. Noctis także już siedzi.



Siedzę w pokoju tak wkurzony jak tylko się da. Opieram głowę na ręce i bębnie palcami w blat stołu. Na drugiej ręce opieram głowę. Mam wrażenie, że nikt nie przyjdzie. Nie mam ochoty rozmawiać z nikim poza Sam. Niestety niemiło się rozczarowuję bo po chwili przez drzwi wchodzi mój ojciec. Widocznie nawet nie próbuje udawać, że jest trzeźwy. 
- Noc, myślałem, że nie jesteś na tyle tępy by tu być - mówi, a wręcz warczy, a ja już mam go dość
- Odczep się ode mnie - burczę i wlepiam wzrok w blat stołu
Nachyla się nade mną przez co już konkretnie czuję alkohol. 
- Zawiodłeś mnie - syczy mi do ucha
Wywracam tylko oczami. 
- No i? To moje życie i będę robić co chce - odpowiadam
Ani nie drgnę, nie mam zamiaru. 
- Porozmawiamy później, jasne? - mówi tylko i idzie do drzwi
Milczę, mam ochotę nigdy więcej go nie zobaczyć ale wiem, że mimo wszystko to niemożliwe. 


Po prawie godzinie siedzę w samochodzie i czekam na Sam. Wzrok zbity mam w siedzenie przed sobą. Jestem zamyślony, tak strasznie, że nie zauważam kiedy Sam siada obok i ruszamy. Musi dźgnąć mnie w bok bym się ockną. 
- Sorka - mówię ziewając - jestem zmęczony 
Uśmiecha się do mnie krzywo. 
- Chyba nici z wycieczki do lasu - zauważam 
Widocznie poprawiam jej humor moim stwierdzeniem bo nie jest aż tak zdenerwowana. 
- Masz rację - przyznaję 
- Nie martw się będzie dobrze - mówię i uśmiecham się do niej szeroko



Między mną i Noctis'em a kierowcą i Ellizabeth jest przyciemniana szyba dźwiękoszczelna, dzięki czemu my nie słyszymy o czym oni rozmawiają, a oni o czym my. Widocznie Ellizabeth musi poinstruować kierowcę gdzie jedziemy i nie chce, abyśmy znali szczegóły.
- No nie wiem, czy tak dobrze. - odwzajemniam uśmiech, ale trochę słabo.
- Nie przejmuj się, serio. Złość piękności szkodzi. - śmieje się
No dobra, teraz też się uśmiecham, szczerze.
- Jasne. Słuchaj, wiesz co? Powinnam Ci podziękować, za to, że się zgłosiłeś za David'a i chciałabym naprawdę to zrobić, ale mam ochotę Cię zabić. - chowam na chwilę twarz w dłoniach i znowu ją wyłaniam.
Noctis wygląda na lekko rozbawionego.
- No co? - szturcham go łokciem z lekkim uśmiechem.
- Nic, nic. - podnosi ręce w geście "poddaję się".
Myślę chwilę, czy jeśli Noctis nie zgłosiłby się za mojego brata czy ktoś inny by to zrobił. Pewnie nie, nie ma u nas w Piątce takich osób. Jestem przekonana, że teraz by tu siedział ze mną, a ja nie wiedziałabym kompletnie co robić. Zginąłby na początku razem ze mną? A może zostalibyśmy sami na końcu i któreś z nas musiałoby zabić drugiego? Nie, nie wyobrażam sobie tego. Nie mogłabym w najgorszych koszmarach skrzywdzić mojego brata, a co dopiero zabić. Nie do pomyślenia. Swoją drogą miał tylko jeden wpis. Jak to możliwe, że akurat ta kartka spośród wielu, wielu innych wpadła w ręce Ellizabeth? Paradoks. Przerywam w końcu moje przemyślenia i wracam do brutalnej rzeczywistości.
- Ale serio. Doceniam to, co dla niego zrobiłeś. - mówię teraz już poważnie i kładę mu głowę na ramieniu.



Obejmuję ją delikatnie.
- Ej..., wiesz co? - pytam patrząc w nieokreślony punkt przed sobą
- Hym? - mruczy Sam
- Wiesz, że wszystko będzie dobrze? - zapewniam ją
- Wiem - mówi uśmiechając się lekko
Wybucham śmiechem, a ona po chwili robi to samo. Tak właśnie skręcamy się ze śmiechu na tylnym siedzeniu samochodu, który wiezie nas na arenę, na której na pewno zginiemy. Genialne.

Po 15 minutach jednak musimy uspokoić śmiech gdyż samochód zatrzymuje się tuż przed pociągiem. Wycieramy oczy pełne radosnych łez. Elizabeth otwiera drzwi samochodu i wygląda jakby zaraz miała wybuchnąć płaczem, ale Sam zaraz się ode mnie odrywa i wysiada. Wywracam oczami z uśmiechem i wysiadam za nią. Elizabeth musi się szybko pozbierać. Prowadzi nas do pociągu i bez większego wyboru wsiadamy. Nasz opiekunka pokazuje nam nasze pokoje.
- E..., ale po co dwa? - pytam krzywiąc się
Już chce coś powiedzieć ale jej przerywam.
- Sam ma poza domem takie koszmary, że i tak beze mnie nie zaśnie - zasłaniam usta jakbym mówił jej jakąś tajemnice ale i tak nie szepcze więc Sam słyszy wszystko
Dźga mnie przez to w bok krzywiąc się.
- Nie przesadzaj - mówi i znika w pokoju
Zaraz gdy znika wybuchał śmiechem.
- Mniejsza, miło skarbie, że się tak starasz ale my sobie poradzimy, jasne? - puszczam dalej shockowanej naszym zachowaniem Elizabeth oczko i znikam za Sam
- Jesteś głupi - mówi siedzi już na łóżku
- Ale gdybyś widziała jej winę to byś pała - mówię i znów mam wrażenie, że zbliża się śmiechawka



Śmiejemy się dosyć długo i dosyć głośno. Ellizabeth widocznie wie, że potrzebujemy się trochę odstresować, więc nie zwraca nam uwagi. Doceniam to.
- Poczekaj aż dotrzemy do Kapitolu. Tam to dopiero będą ciekawe miny. - mówię przez śmiech.
- Ciekawe to mało powiedziane. - dopowiada
Gdy już się w miarę uspokajamy odkrywam, że w moim pokoju jest okno.
- Popatrz, możemy wyskoczyć. - mówię z uśmiechem, lekko przyciszonym głosem.
- Czemu to tak cicho mówisz? - Noctis odwzajemnia uśmiech, bo wie co odpowiem.
- Wiesz, przezorny zawsze ubezpieczony. - silę się na powagę.
- Muszę cię oduczyć tego pesymistycznego spojrzenia na świat. - śmieje się.
Znowu kolejne 15 minut w plecy, bo śmiejemy się jak opętani. W końcu wstaję powoli i podchodzę do szafy, otwieram ją. Wyciągam jakieś jeansy i T-shirt.
- Idę się przebrać. - oznajmiam
Mam nawet prywatną łazienkę w pokoju, luksus. Szybko dość się przebieram i rozpuszczam włosy. Sukienkę zostawiam w łazience, później ją stamtąd wezmę. Wchodzę z powrotem do pokoju, ale Noctis'a tam nie ma. Widzę jedynie kartkę z napisem "Wyskoczyłem przez okno.". Powstrzymuję się od salwy śmiechu dopóki nie otwieram drzwi z szafy. Widzę tam skulonego Noctis'a i wtedy wybucham śmiechem.



- To było aż tak łatwe? - pytam wygrzebując się
- Tak, ale jakże zabawne - odpowiada Sam dalej się śmiejąc
Uśmiecham się także mimowolnie. W tej chwili właśnie ktoś puka po czym w drzwiach pojawia się Elizabeth.
- Em..., chyba wam nie przeszkadzam? - pyta kiedy widzi, że dalej siedzę na ziemi
Wolno się podnoszę.
- Jasne, że nie - odpowiadam od razu - O co chodzi?
- Czas na kolację - powiadamia
Kiwam głową i idę do drzwi.
- Sam, pośpiesz się bo nie będziemy na Ciebie czekać wieki - rzucam do niej przez ramię, pokazuje jej język i ruszam na kolacje
Idę korytarzem między przedziałami. Wychodzę w pomieszczeniu z dużym stołem pełnym jedzenia są tak także cztery krzesła. Krzywię się gdy na jednym widzę mojego ojca. 
- Też się cieszę, że Cię widzę - mówi nawet nie odrywając się od gazety 
- Tia... - burczę 
Elizabeth siada koło niego więc bez sprzeciwu zajmuję miejsce na przeciwko naszej opiekunki. Opieram głowę na ręce i gapię się w talerz, jakoś straciłem nagle chęć jedzenia. 
Na Sam musimy czekać jedynie dwie minuty po czym siada koło mnie, nieco zdziwiona jest moim podłym nastrojem ale nie zwracam na to uwagi. 
- To jest wasz mentor... - zaczyna Elizabeth 
- Tak, tak, zwycięzca igrzysk siedemdziesiątych siódmych Antony Black - przerywam jej znudzony 
- Zachowuj się - upomina mnie nasz mentor 
Wywracam oczami. 
- Widzę, że bardzo interesujesz się igrzyskami - mówi Elizabeth z nerwowym uśmiechem
- Wcale, po prostu to mój ojciec - burczę dalej wbijając wzrok w talerz z tak wielkim zainteresowaniem jakby wyświetlano na nim film
- Okropny bachor nie? - mój ojciec zwraca się do Elizabeth
Ona jednak na szczęście nie odpowiada. Wzdycham cicho i huśtam się na krześle. Zerkam kątem oka na zaskoczoną Sam. 
- Powinniśmy jak zjemy obejrzeć jak poszło w innych dystryktach - zauważam 



A ja myślałam, że to jedynie zbieżność nazwisk. Naprawdę nie sądziłam, że ojciec Noctis'a wygrał Igrzyska. W każdym razie nie pora teraz na takie przemyślenia. Mam przed sobą duży stół z mnóstwem jedzenia na moim talerzu. Tak, jedynym plusem Igrzysk jest fakt, że można się najeść do syta. Jemy w ciszy. Nikt się nie odzywa, nie mamy pomysłu o czym by tu porozmawiać. Gdy kończymy wszyscy Ellizabeth zabiera głos.
- Myślę, że Noctis miał rację, chodźmy do przedziału z telewizorem, obejrzymy relację z innych dystryktów. - oczywiście z promiennym uśmiechem.
Wszyscy zgodnie kiwamy głowami i przemieszczamy się kilka metrów. Siadamy wygodnie na kanapie i Ellizabeth włącza telewizor. W pierwszym dystrykcie od razu mamy dwóch ochotników (no kto by pomyślał) Edward White oraz Sophie Cox. Widać, że obydwoje świetnie przygotowani. Genialnie. W dwójce jest podobna sytuacja, tyle, że zostaje wylosowany chłopak, Alex Custon, a następnie zgłasza się dziewczyna Jessica Derling. Obydwoje wyglądają jak maszyny do zabijania. Patrzę po twarzach moich towarzyszy. Noctis się krzywi, Ellizabeth wygląda na niezwykle zainteresowaną, a nasz mentor wręcz przeciwnie. Chyba go to nudzi. W trzecim dystrykcie nie ma ochotników, Lucas Moonlight i Mary Walker. Obydwoje z bardzo nietypowymi kolorami włosów podchodzą do sceny i widzę, że wcale nie są zadowoleni. Czwórka to również zawodowcy, ale nikt nie podważa losowania. Felix Evans (wygląda też na niezwykle znudzonego) i Kirke Walker (ta znowu na smutną). Przechodzimy do relacji z naszego losowania. Żołądek znowu podchodzi mi do gardła i czuję, że nie chcę tego oglądać. Nerwowo gryzę wewnętrzną stronę policzka, gdy widzę jak Ellizabeth odczytuje moje nazwisko. Wolno i chwiejnie wlokę się na scenę. Następnie losują mojego brata. Teraz dokładniej widzę jego przerażoną i wystraszoną twarz. Robi dwa kroki i pojawia się na środku placu Noctis i woła, że zgłasza się za niego. Nie mam siły nawet teraz spojrzeć na niego, więc lekko mrużę oczy. Szósty dystrykt to 13-letni Matthew Price i 17-letnia Ellizabeth Lee. Nie wyglądają na groźnych. W siódemce widzę oazę spokoju czyli chłopaka - Jacob'a Hestone'a i wściekłą dziewczynę - Juliet Vencist. Dystrykt ósmy przynosi wiele łez ze strony dziewczyny - Christine Allen (wręcz muszą ją wnosić na scenę) i rozbawionego chłopaka - Arthur'a Wood'a. Co dziwne, w dziewiątce mamy ochotnika - Caleb'a Light'a oraz rozdygotaną dziewczynę - Elenę Yopensern. Ciężko powiedzieć ile ma lat, bo ma chyba z tonę makijażu. Dystrykt 10 mnie dziwi. Wylosowany chłopak - Josh Correal wchodzi spokojnie na scenę, ale dziewczyna Amber Dorner śmieje się psychicznie, uderza po drodze jednego Strażnika Pokoju, a na scenie, gdy mają już wychodzić pluje na buty opiekunki. Ciekawe co jej za to zrobią. W dystrykcie 11 mamy parę zdziwionych nastolatków - Andreas'a Smith'a i Margaret Bailey. Nic szczególnego. Ostatni dystrykt, 12 to rówieśnicy, mają na oko po 14 lat. Jest to Max Tonyes, który wygląda jakby miał eksplodować i Cornelia Sinsley, która ze spokojem i łzami w oczach podąża ku scenie. Potem jest jeszcze parę słów od Ceasar'a Flickerman'a i audycja dobiega końca.



Przyglądam się wszystkim interesującym mnie uważnie, ale gdy tylko ostatni trybuci znikają z ekranu już nie zwracam na film uwagi. 
- Aż tak okropnie wypadliśmy? - pytam z rozbawieniem wstając
- A nawet gorzej na żywo - dopowiada mi ojciec
- Ech..., będzie trzeba to nadrobić - krzywię się 
- Niestety - odpowiada Sam
- Tak czy inaczej, na razie idę spać. Jak na coś wpadniecie to możecie mi powiedzieć rano - mówię i wlokę się do łóżka
To był męczący psychicznie dzień. Mam wrażenie jakby minął cały tydzień. Kładę się spać i zaraz potem zasypiam jednak w środku nocy budzi mnie krzyk. Wzdycham cicho, wolno zdrapuję się z łóżka i idę do Sam. Wchodzę do jej pokoju i siadam obok. 
- Sam - mówię głaszcząc ją po włosach
Otwiera oczy i pacza na mnie. 
- A nie mówiłem - uśmiecham się do niej 
Widać, że chwilę walczy z sobą, ale potem też niepewnie się uśmiecha. 
- Idź może umyć sobie twarz co? - pytam 
Kiwa głową i niepewnie wstaje, odprowadzam ją wzrokiem do łazienki. Wraca po paru minutach, widać, że z nią lepiej. 
- Zły sen? - pytam przesuwając się by mogła się położyć 
- Mhm - mruczy i kładzie się obok
Delikatnie odgarniam jej włosy z czoła.
- Mam zostać do rana? 
- Jak możesz... - odpowiada cicho
Kładę się obok i patrzę w sufit. Przypomina mi się jak dwa lata temu leżeliśmy na łące pewnego letniego dnia gdy nie chciało nam się wracać na noc. 
- Wiesz co? Chyba nie będę wróżbitą - stwierdzam 


Uśmiecham się lekko pod nosem.
- A kiedykolwiek o tym myślałeś? - mówię
Wzrusza ramionami.
- Czemu nie... - mówi sztywno.
Odwracam się do niego. Leży na plecach i patrzy na jakiś punkt na suficie. Chciałabym powiedzieć mu o wszystkich moich obawach. O tym co może zdarzyć się na arenie, przy Rogu Obfitości. Odkąd na losowaniu usłyszałam swoje imię i nazwisko ciągle mam nieprzyjemne uczucie w brzuchu. To chyba ze stresu. Wiedziałam, że mogę tu trafić, ale jakoś chyba to wcześniej do mnie nie docierało i teraz objawiają się tego efekty. Chcę mu powiedzieć, że tak już będzie wyglądała każda moja noc. Będę chodzić spać, w środku nocy budzić się z krzykiem i nie będę potem zasypiać. A może będę spała z bronią pod ręką? Ile osób wtedy niepotrzebnie skrzywdzę? Chcę mu to wszystko bez wyjątku powiedzieć, ale zamiast tego leżę cicho i też obserwuję sufit. Jakby tam miało być coś ciekawego.
- Noctis... Nie chcę trafiać na arenę. Co się wtedy stanie z nami wszystkimi? - co za głupie pytanie. Pozabijamy się. - I przepraszam też, że musisz tu siedzieć..
Uśmiecha się lekko pod nosem.
- Ej.. wszystko będzie dobrze pamiętasz? - szturcha mnie lekko
- Jasne, że pamiętam. - powoli podnoszę kąciki ust.
Spoglądam na zegar na szafce obok szafy. 2:45 w nocy. Dopiero? Mam wrażenie, jakby ta noc trwała wieki. Patrzę jeszcze przez okno. Mimo nocy nadal jedziemy z zawrotną prędkością. Może to nie byłoby takie głupie gdybym wyskoczyła? Kręcę głową i opadam na poduszkę.
- Dobranoc.. - mówię sennie i kładę mu głowę na ramieniu.
Zasypiam.

Część Pierwsza: Wolność [Part 4]

Wstaję rano nieco zdrętwiały. Jak zawsze jedne z moich koszmarów. Nawet już nie pamiętam co mi się śniło. Pamiętam tylko strach. Mam tak często. Pamiętam samo uczucie kierowane do snu ale nic więcej, żadnych szczegółów. Zbieram się szybko i wychodzę, nawet nie przeszukuję kuchni w poszukiwaniu śniadania, wiem, że i tak nic tam nie zastanę. Idę wolno na swoje stanowisko kiedy słyszę jakieś skrzypnięcie. Zaraz później puszczam się biegiem na przód ponieważ strop zaczyna walić mi się na głowę. Widzę, że jeszcze parę osób robi to samo. Chowam się w miarę bezpiecznym miejscu z paroma innymi. Zawala się prawie połowa hali, cały sufit leci w dół, zostają jedynie pojedyncze belki i widok szarawego nieba przeplatanego pyłem. Jeden z stałych pracowników wychodzi widocznie został tam ktoś dla niego bliski. Wiem, że na pewno jest wielu rannych pod stertą gruzu gdyż prawie wszyscy stawili się już, a ze mną jest tylko dziesięć osób.
Nie było by to najgorsze, dałoby się to wszystko przeżyć. Poszukać rannych, dostarczyć do lekarza, ale gruzy naruszyły jeden z pieców, który wybucha. Zaraz za nim idzie kolejny i większość staje w płomieniach, które odcinają nam drogę ucieczki i zbliżają się w niebezpiecznym tempie.
- Musimy się stąd wydostać - decyduje ktoś
Wywiązuje się z tego dyskusja między dorosłymi, jednak ja ich nie słucham, wybiegam szybko, wyszarpuję się z rąk osób, które próbują mnie powstrzymać. Biegnę przez gruzy szukając jakiegoś nie zawalonego wyjścia. słyszę stęk drewna i z trudem unikam płonącej bali, która prawie spadła mi na głowę. Wołających mnie ludzi dawno zostawiłem za sobą. nie chcą iść? Nie zmuszam, ale ja nie zostanę bo wiem, że jeśli płomienie się całkiem rozjuszą nikt nie wyjdzie z tego żywy. Widzę wysoko okno, jedyną drogę ucieczki z tego więzienia. Krztuszę się dymem i zaczynają mi łzawić oczy więc zawiązuje chustę na ustach.
Po chwili jestem już blisko, prawie wyskakuję przez okno ale zawala się kolejna bala stropu, odskakuję i w ręcz nabijam sobie łydkę na sterczący z gruzowiska drut. Wyję z przeraźliwego bólu, na szczęście chyba nie uszkodziło to żadnego nerwu więc mogę kulejąc iść dalej.
Okno jak na wysokości jakiś dwóch metrów nad ziemią więc rzucam ostatnie spojrzenie na wielką halę i zeskakuję w dół. Ląduję na ziemi i słyszę tylko jak reszta się zawala, jestem zbyt wyczerpany by się podnieść więc po prostu leżę twarzą w piasku. Słyszę jeszcze głosy jakiś ludzi, z których wychwytuję głos Sam jednak nie mam siły na nią spojrzeć. Po chwili zapada ciemność jakbym zapadł w mimowolny sen.



Rano zebrałam się szybko i ruszyłam do pracy. Olivia na szczęście znalazła opiekunkę dla dziecka, więc wszyscy oprócz Jake'a są dzisiaj w pracy. Nie dzieje się nic szczególnego, dzień jak co dzień. Nagle drzwi zaplecza gwałtownie się otwierają i wchodzi trochę blada Jenn.
- Sam, możemy porozmawiać?
- Jasne. - wycieram ręce w fartuch i wychodzę z nią na dwór.
- Słuchaj... Gdzie pracuje ten twój kolega, Noctis? - pyta słabo.
- W elektrowni.. - mówię niepewnie.
- Przed chwilą jeden z naszych stałych klientów powiedział, że był tam wypadek. Większość pieców wybuchła..
Żołądek podchodzi mi do gardła, chce mi się wymiotować.
- Pomyślałam, że powinnaś tam iść.. Sprawdzić.. czy nic mu nie jest. - mówi
Kiwam głową.
- Poradzicie sobie beze mnie? - mówię cicho i zdejmuję fartuch, wręczam jej go.
- Pewnie, leć.
Dosłownie lecę. Pędzę między domami, żeby jak najszybciej się tam dostać. Omijam zaskoczonych ludzi, słońce praży niemiłosiernie. Widzę już z daleka kłęby dymu i płomienie. Część Strażników Pokoju próbuje to gasić, inni pilnują, żeby nikt nie wszedł do środka. Zatrzymuję się tuż przed nimi i patrzę, jak wszystko się wali. Tracę nadzieję, że Noctis wyjdzie z tego żywy i nagle widzę, jak ktoś skacze z okna. To on! Mogłam się domyślić, że tak łatwo się nie podda. Ląduje na jakiejś stercie ziemi, albo piachu. Nie zwracam na to uwagi. Przebijam się szybko przez tłum ludzi i Strażników Pokoju. Podbiegam szybko do niego.
- Noctis! - krzyczę, żeby go obudzić.
To, że wyszedł z elektrowni nie znaczy, że wszystko dobrze. Przewracam go na plecy, śpi. Jest cały pokryty sadzą. Zakrywam usta dłonią gdy widzę krwawą ranę na łydce.
- Noctis, obudź się, proszę. - mówię klepiąc go po policzku i wmawiając sobie, że to coś da.
To nic nie da. On potrzebuje lekarza. Rozglądam się, czy ktoś z tłumu nie mógłby mi pomóc przetransportować go do szpitala, ale nikt nie zwraca na mnie uwagi. Wszyscy są pochłonięci szukania swoich bliskich w stercie gruzu.
- Sam! - słyszę nagle gdzieś z tłumu.
Widzę, jak David i moja mama przedostają się do mnie i z przerażeniem obserwują rany Noctis'a.
- Moglibyście pomóc mi zanieść go do lekarza? - mówię przez łzy.
Nie czekam długo na odpowiedź. Biorę go pod ręce, mama za nogi, a David przytrzymuje zranioną łydkę. Narzucam szybkie tempo, na tyle szybkie, że mój brat praktycznie biegnie. Jesteśmy pod gabinetem lekarza za niecałe 5 minut. Nikt z rannych jeszcze tu nie dotarł, jesteśmy pierwsi. Jest to jakby mini szpital, ale miejsc jest tu stosunkowo mało, tylko dla najbardziej chorych lub poszkodowanych. Jestem prawie pewna, że Noctis się załapie. Od razu ktoś do nas podchodzi, woła kogoś o nazwisku Dolly. Kierują nas na salę, gdzie czeka wysoki, szczupły mężczyzna, prawdopodobnie Doktor Dolly.
- Levis? Joy Levis? - zwraca się do mojej mamy.
- Tracer Dolly! Tyle lat! - na twarzy mamy pojawia się cień uśmiechu.
- Przepraszam, pogadacie później, teraz chyba mamy ważniejszą rzecz do zrobienia prawda? - mówię niecierpliwie i rozpaczliwie.
- Racja. Wypadek w elektrowni tak? - pyta i od razu bada Noctis'a.
- Tak. - nerwowo przytakuję.
- Muszę go zabrać na chwilę na salę operacyjną, trzeba oczyścić łydkę... Widzę, że się nieźle skaleczył. Zaraz do was wrócę, muszę to opatrzyć.
Woła kogoś, kto pomaga mu zabrać Noctis'a, a ja idę za nimi do czasu aż mi wolno. Siadam na podłodze przed salą do której weszli i czekam. Wolałabym przy tym być, ale nic na to nie poradzę. Po niecałej godzinie wychodzi, wiezie Noctis'a na łóżku szpitalnym do sali, gdzie byliśmy z początku. Mówi, że to się powinno zagoić, i że powinien się za niedługo obudzić. Dziękuję lekarzowi za pomoc i przysuwam sobie krzesło obok jego łóżka. Minuty zmieniły się w wieczność. Zapada powoli zmrok i moja mama mówi, że wróci już z David'em do domu.
- Jakbyś czegoś potrzebowała to wiesz gdzie jestem. - uprzedza na pożegnanie.
Kiwam głową. Jestem jej wdzięczna, że nie nalegała, abym wróciła z nimi. I tak bym tego nie zrobiła. Opieram głowę na ręce i patrzę na Noctis'a. Dobrze, że jest na tyle uparty i bystry, że znalazł to okno i wykorzystał go. W przeciwnym razie pewnie bym już teraz nie siedziała obok niego. Oczy zaczynają mi się kleić, ale nie pozwalam sobie na odpoczynek i czekam aż się obudzi.



Kiedy zaczynam się budzić przed oczami dla odmiany miałem biel. Szkoda, już myślałem, że to koniec. Wolno otwieram oczy i pierwsze co widzę to siedzącą obok Sam.
- E..., tak tu biało, że myślałem, że są święta i napadało - mówię i zaczynam kaszleć
- Wszystko okej? Jak się czujesz? - pyta widocznie zaniepokojona czyli nie wyglądam najlepiej
Chce jej odpowiedzieć ale zamiast tego wymiotuję na nią mieszaniną wody i czarnego pyłu przez co wymiociny są czarną mazią.
- Sorka... - mówię wycierając usta
Sam widocznie nie wie jak zareagować bo z jednej strony nie najlepiej ze mną, a z drugiej pewnie chętnie by mnie teraz palnęła w łeb
- Może lepiej idź się przebrać, jesteś trochę brudna - mówię z bezczelnym uśmiechem, a wtedy już po prostu zdziela mnie po łbie
Krzywi się tylko. Jednak racja, po tym wymiotowaniu nieco mi się poprawiło.
- Tia.., chyba tak będę musiała zrobić - mruczy pod nosem lekko wkurzona
- To czekaj..., zbiorę się i pójdę z Tobą - stwierdzam wolno siadając
- Odbiło Ci?! - podnosi na mnie głos
- Nie drzyj się jak stare prześcieradło bo jeszcze mi dzwoni w uszach po wybuchu - mówię ziewając
- Już się chyba wyspałeś - mówi
- Tak, tak, szkoda, że mi doktorek zniszczył spodnie, ale chyba jakoś przeżyję - dąsam się i wolno wstaję
Zawiązuje porządniej buty.
- Szybko wyzdrowiałeś - mówi z lekkim wyrzutem
- Przepraszam, że Cię wystraszyłem. Jak widać dajesz radę - odpowiadam
Wywraca oczami.
- Idziemy? - pytam rozglądając się szybko
- Chyba powinieneś zostać - stwierdza Sam
- Nie wygłupiaj się - odpowiadam i wstaje
Mimowolnie kapituluje i wolno ruszamy do wyjścia. Mimo, że przed chwilą Sam oberwała mieszanką pyłu i braku mojego śniadania wszystko gra. Lekko kuleję, ale nie czuję zawrotów głowy czy czegoś innego, chyba najmniej mi się oberwało, to tylko lekkie otarcie na nodze ( no może nieco głębsze) ale poza tym wszystko gra.  



Lekarz co prawda ma pewne zastrzeżenia do tego, aby Noctis już opuszczał szpital (ja zresztą też), ale obiecujemy mu, że jeśli coś się pogorszy to od razu wrócimy. Wręcza mojemu koledze maść, którą musi smarować nogę oraz kilka bandaży. Daję mu małą sumę pieniędzy, tak po prostu, za wszystko. Dziękujemy mu jeszcze raz i powoli wychodzimy ze szpitala.
- Dalej jestem zdania, że powinieneś zostać w szpitalu. Widziałam Twoją łydkę jako pierwsza i nie wyglądała za dobrze. - stwierdzam.
- Przesadzasz. Czuję się nieźle, serio. - odpowiada.
- Na pewno wszystko dobrze? Nie masz żadnych zawrotów głowy, nudności czy coś? - wolę się upewnić.
- Na pewno. Trochę sobie pospałem i już wszystko jest super. - lekko unosi kącik ust.
Kręcę głową.
- Ale ty jesteś uparty. - stwierdzam.
Uśmiecha się jedynie. Idziemy wolno w kierunku domu, jest już dosyć ciemno. Godzinę temu do szpitala trafiło bardzo wiele ludzi, z poważnymi obrażeniami. Niestety z tego co widzę obok elektrowni (przechodzimy koło niej) nie wszystkim się udało. Kilka rodzin dalej przetrzepują gruzy w nadziei, że znajdą tam żywą osobę, którą tak gorączkowo poszukują. Noctis lekko kuleje, ale raczej z tego wyjdzie. Jestem też wdzięczna lekarzowi, że dał mu lekarstwo i zastanawiam się, czy to nie dlatego, że jestem córką jego najwidoczniej dawnej znajomej.
- Ale mi stracha napędziłeś, wiesz..? - udawany żal.
- Wiem, wiem, przepraszam. - mówi lekko rozbawiony.
Docieramy do mojego domu po około dwudziestu minutach, bo szliśmy wolno.
- Wejdziesz może na chwilę? Musisz też coś zjeść, skoro śniadanie postanowiłeś zwrócić. - krzywię się.

- Okej... Ale jakie tam śniadanie? Woda i trochę pyłu - stwierdzam ze śmiechem i wchodzę za nią
Mama i brat sam akurat siedzą w kuchni gdzie i my zmierzamy
- Dzień Dobry - witam się z uśmiechem
- Już lepiej? - pyta jej mama z lekkim zaniepokojeniem
- Tak, tak - zapewniam - Siemka David
Chłopak kiwa tylko głową.
- Nie za dużo tego witania? Już Cię dzisiaj nosili - mówi Sam
Wywracam oczami i siadam sobie na blacie.
- Dziękuje, na prawdę, mogliście mnie tam zostawić - odpowiadam i prawie od razu dostaję mocno w twarz od Sam
Patrzę na nią ze zdziwieniem. Nie, nie przez uderzenie, często zdarza mi się palnąć coś za co mnie bije i nie przykładam na to większej uwagi gdyż nie robi tego zbyt mocno.
Pocieram ręką miejsce uderzenia gdyż lekko piecze.
- Nie waż się przy mnie więcej mówić czegoś takiego - syczy patrząc mi w oczy poważnie
Gdyby nie było to tak poważne pewnie wybuchnęła by śmiechem na widok mojego wyrazu twarzy ale jakoś nikomu nie do śmiechu.
- Jasne - mówię i wywracam oczami
Kiwa głową i jakby nigdy nic robi posiłek z tego co im zostało. Wodzę za nią wzrokiem nic nie mówiąc.



Czasami wkurza mnie jego lekkomyślność i takie bezstresowe podejście do życia. Nie darowałabym sobie, jeśli bym go tam zostawiła, albo nie zdążyła go stamtąd zabrać. Jeszcze nie podziękowałam mamie i bratu za pomoc, ale zrobię to później. I tak pewnie wiedzą, że jestem im bardzo wdzięczna. To się rozumie samo przez się. Robię Noctis'owi kanapki z serem i szynką. Tak szynką, widocznie mama dzisiaj kupiła trochę za ten sweter. Też będę musiała jej podziękować. Tymczasem David szepcze coś mamie na ucho i wychodzą z pokoju. Może chce z nią porozmawiać na temat Igrzysk, albo coś. Robię jeszcze herbatę.
- Nie mów mi już nigdy czegoś takiego w stylu "Mogłaś mnie zostawić" itp. Nie wybaczyłabym sobie, gdybym Cię tam zostawiła. - mówię stojąc plecami do niego.
Siedzi cicho, widocznie trawi moje słowa. Kątem oka widzę, że chyba kiwa głową, ale nie jestem pewna. Podaję mu kanapki i herbatę, po czym deklaruję, że idę się przebrać. Ciekawe, czy te ubrania kiedykolwiek zdołam dobrać z wymiocin. Gdy wracam Noctis już tylko sączy herbatę, a talerz jest pusty.
- Chyba głodny byłeś. - zauważam.
- Jak zawsze. - uśmiecha się.
- Gdzie teraz będziesz pracował? - pytam siadając naprzeciwko niego.
Wzrusza ramionami.
- Nie mam pojęcia.. - mówi.



- Będę sobie musiał jakoś poradzić - stwierdzam i ziewam
- Co dalej zmęczony? - odpowiada rozbawiona
- Ej..., mam prawo być zmęczony - zauważał z nadąsaną miną i zeskakuję z blatu
- Jasne, jasne - mówi nieco prowokacyjnie
- Dobra, ja spadam do siebie - burczę pod nosem i ruszam do drzwi.
Sam jednak łapie mnie za rękę, a ja zerkam na nią przez ramię.
- Tylko się nie przemęczaj jasne? - mówi i puszcza
- Tia..., jak słońce - odpowiadam
Po chwili jestem już w domu. Rzucam się na łóżko i prawie od razu zasypiam. Mam szczęście gdyż nie mam żadnego snu.