sobota, 7 lutego 2015

Część Pierwsza: Wolność [Part 4]

Wstaję rano nieco zdrętwiały. Jak zawsze jedne z moich koszmarów. Nawet już nie pamiętam co mi się śniło. Pamiętam tylko strach. Mam tak często. Pamiętam samo uczucie kierowane do snu ale nic więcej, żadnych szczegółów. Zbieram się szybko i wychodzę, nawet nie przeszukuję kuchni w poszukiwaniu śniadania, wiem, że i tak nic tam nie zastanę. Idę wolno na swoje stanowisko kiedy słyszę jakieś skrzypnięcie. Zaraz później puszczam się biegiem na przód ponieważ strop zaczyna walić mi się na głowę. Widzę, że jeszcze parę osób robi to samo. Chowam się w miarę bezpiecznym miejscu z paroma innymi. Zawala się prawie połowa hali, cały sufit leci w dół, zostają jedynie pojedyncze belki i widok szarawego nieba przeplatanego pyłem. Jeden z stałych pracowników wychodzi widocznie został tam ktoś dla niego bliski. Wiem, że na pewno jest wielu rannych pod stertą gruzu gdyż prawie wszyscy stawili się już, a ze mną jest tylko dziesięć osób.
Nie było by to najgorsze, dałoby się to wszystko przeżyć. Poszukać rannych, dostarczyć do lekarza, ale gruzy naruszyły jeden z pieców, który wybucha. Zaraz za nim idzie kolejny i większość staje w płomieniach, które odcinają nam drogę ucieczki i zbliżają się w niebezpiecznym tempie.
- Musimy się stąd wydostać - decyduje ktoś
Wywiązuje się z tego dyskusja między dorosłymi, jednak ja ich nie słucham, wybiegam szybko, wyszarpuję się z rąk osób, które próbują mnie powstrzymać. Biegnę przez gruzy szukając jakiegoś nie zawalonego wyjścia. słyszę stęk drewna i z trudem unikam płonącej bali, która prawie spadła mi na głowę. Wołających mnie ludzi dawno zostawiłem za sobą. nie chcą iść? Nie zmuszam, ale ja nie zostanę bo wiem, że jeśli płomienie się całkiem rozjuszą nikt nie wyjdzie z tego żywy. Widzę wysoko okno, jedyną drogę ucieczki z tego więzienia. Krztuszę się dymem i zaczynają mi łzawić oczy więc zawiązuje chustę na ustach.
Po chwili jestem już blisko, prawie wyskakuję przez okno ale zawala się kolejna bala stropu, odskakuję i w ręcz nabijam sobie łydkę na sterczący z gruzowiska drut. Wyję z przeraźliwego bólu, na szczęście chyba nie uszkodziło to żadnego nerwu więc mogę kulejąc iść dalej.
Okno jak na wysokości jakiś dwóch metrów nad ziemią więc rzucam ostatnie spojrzenie na wielką halę i zeskakuję w dół. Ląduję na ziemi i słyszę tylko jak reszta się zawala, jestem zbyt wyczerpany by się podnieść więc po prostu leżę twarzą w piasku. Słyszę jeszcze głosy jakiś ludzi, z których wychwytuję głos Sam jednak nie mam siły na nią spojrzeć. Po chwili zapada ciemność jakbym zapadł w mimowolny sen.



Rano zebrałam się szybko i ruszyłam do pracy. Olivia na szczęście znalazła opiekunkę dla dziecka, więc wszyscy oprócz Jake'a są dzisiaj w pracy. Nie dzieje się nic szczególnego, dzień jak co dzień. Nagle drzwi zaplecza gwałtownie się otwierają i wchodzi trochę blada Jenn.
- Sam, możemy porozmawiać?
- Jasne. - wycieram ręce w fartuch i wychodzę z nią na dwór.
- Słuchaj... Gdzie pracuje ten twój kolega, Noctis? - pyta słabo.
- W elektrowni.. - mówię niepewnie.
- Przed chwilą jeden z naszych stałych klientów powiedział, że był tam wypadek. Większość pieców wybuchła..
Żołądek podchodzi mi do gardła, chce mi się wymiotować.
- Pomyślałam, że powinnaś tam iść.. Sprawdzić.. czy nic mu nie jest. - mówi
Kiwam głową.
- Poradzicie sobie beze mnie? - mówię cicho i zdejmuję fartuch, wręczam jej go.
- Pewnie, leć.
Dosłownie lecę. Pędzę między domami, żeby jak najszybciej się tam dostać. Omijam zaskoczonych ludzi, słońce praży niemiłosiernie. Widzę już z daleka kłęby dymu i płomienie. Część Strażników Pokoju próbuje to gasić, inni pilnują, żeby nikt nie wszedł do środka. Zatrzymuję się tuż przed nimi i patrzę, jak wszystko się wali. Tracę nadzieję, że Noctis wyjdzie z tego żywy i nagle widzę, jak ktoś skacze z okna. To on! Mogłam się domyślić, że tak łatwo się nie podda. Ląduje na jakiejś stercie ziemi, albo piachu. Nie zwracam na to uwagi. Przebijam się szybko przez tłum ludzi i Strażników Pokoju. Podbiegam szybko do niego.
- Noctis! - krzyczę, żeby go obudzić.
To, że wyszedł z elektrowni nie znaczy, że wszystko dobrze. Przewracam go na plecy, śpi. Jest cały pokryty sadzą. Zakrywam usta dłonią gdy widzę krwawą ranę na łydce.
- Noctis, obudź się, proszę. - mówię klepiąc go po policzku i wmawiając sobie, że to coś da.
To nic nie da. On potrzebuje lekarza. Rozglądam się, czy ktoś z tłumu nie mógłby mi pomóc przetransportować go do szpitala, ale nikt nie zwraca na mnie uwagi. Wszyscy są pochłonięci szukania swoich bliskich w stercie gruzu.
- Sam! - słyszę nagle gdzieś z tłumu.
Widzę, jak David i moja mama przedostają się do mnie i z przerażeniem obserwują rany Noctis'a.
- Moglibyście pomóc mi zanieść go do lekarza? - mówię przez łzy.
Nie czekam długo na odpowiedź. Biorę go pod ręce, mama za nogi, a David przytrzymuje zranioną łydkę. Narzucam szybkie tempo, na tyle szybkie, że mój brat praktycznie biegnie. Jesteśmy pod gabinetem lekarza za niecałe 5 minut. Nikt z rannych jeszcze tu nie dotarł, jesteśmy pierwsi. Jest to jakby mini szpital, ale miejsc jest tu stosunkowo mało, tylko dla najbardziej chorych lub poszkodowanych. Jestem prawie pewna, że Noctis się załapie. Od razu ktoś do nas podchodzi, woła kogoś o nazwisku Dolly. Kierują nas na salę, gdzie czeka wysoki, szczupły mężczyzna, prawdopodobnie Doktor Dolly.
- Levis? Joy Levis? - zwraca się do mojej mamy.
- Tracer Dolly! Tyle lat! - na twarzy mamy pojawia się cień uśmiechu.
- Przepraszam, pogadacie później, teraz chyba mamy ważniejszą rzecz do zrobienia prawda? - mówię niecierpliwie i rozpaczliwie.
- Racja. Wypadek w elektrowni tak? - pyta i od razu bada Noctis'a.
- Tak. - nerwowo przytakuję.
- Muszę go zabrać na chwilę na salę operacyjną, trzeba oczyścić łydkę... Widzę, że się nieźle skaleczył. Zaraz do was wrócę, muszę to opatrzyć.
Woła kogoś, kto pomaga mu zabrać Noctis'a, a ja idę za nimi do czasu aż mi wolno. Siadam na podłodze przed salą do której weszli i czekam. Wolałabym przy tym być, ale nic na to nie poradzę. Po niecałej godzinie wychodzi, wiezie Noctis'a na łóżku szpitalnym do sali, gdzie byliśmy z początku. Mówi, że to się powinno zagoić, i że powinien się za niedługo obudzić. Dziękuję lekarzowi za pomoc i przysuwam sobie krzesło obok jego łóżka. Minuty zmieniły się w wieczność. Zapada powoli zmrok i moja mama mówi, że wróci już z David'em do domu.
- Jakbyś czegoś potrzebowała to wiesz gdzie jestem. - uprzedza na pożegnanie.
Kiwam głową. Jestem jej wdzięczna, że nie nalegała, abym wróciła z nimi. I tak bym tego nie zrobiła. Opieram głowę na ręce i patrzę na Noctis'a. Dobrze, że jest na tyle uparty i bystry, że znalazł to okno i wykorzystał go. W przeciwnym razie pewnie bym już teraz nie siedziała obok niego. Oczy zaczynają mi się kleić, ale nie pozwalam sobie na odpoczynek i czekam aż się obudzi.



Kiedy zaczynam się budzić przed oczami dla odmiany miałem biel. Szkoda, już myślałem, że to koniec. Wolno otwieram oczy i pierwsze co widzę to siedzącą obok Sam.
- E..., tak tu biało, że myślałem, że są święta i napadało - mówię i zaczynam kaszleć
- Wszystko okej? Jak się czujesz? - pyta widocznie zaniepokojona czyli nie wyglądam najlepiej
Chce jej odpowiedzieć ale zamiast tego wymiotuję na nią mieszaniną wody i czarnego pyłu przez co wymiociny są czarną mazią.
- Sorka... - mówię wycierając usta
Sam widocznie nie wie jak zareagować bo z jednej strony nie najlepiej ze mną, a z drugiej pewnie chętnie by mnie teraz palnęła w łeb
- Może lepiej idź się przebrać, jesteś trochę brudna - mówię z bezczelnym uśmiechem, a wtedy już po prostu zdziela mnie po łbie
Krzywi się tylko. Jednak racja, po tym wymiotowaniu nieco mi się poprawiło.
- Tia.., chyba tak będę musiała zrobić - mruczy pod nosem lekko wkurzona
- To czekaj..., zbiorę się i pójdę z Tobą - stwierdzam wolno siadając
- Odbiło Ci?! - podnosi na mnie głos
- Nie drzyj się jak stare prześcieradło bo jeszcze mi dzwoni w uszach po wybuchu - mówię ziewając
- Już się chyba wyspałeś - mówi
- Tak, tak, szkoda, że mi doktorek zniszczył spodnie, ale chyba jakoś przeżyję - dąsam się i wolno wstaję
Zawiązuje porządniej buty.
- Szybko wyzdrowiałeś - mówi z lekkim wyrzutem
- Przepraszam, że Cię wystraszyłem. Jak widać dajesz radę - odpowiadam
Wywraca oczami.
- Idziemy? - pytam rozglądając się szybko
- Chyba powinieneś zostać - stwierdza Sam
- Nie wygłupiaj się - odpowiadam i wstaje
Mimowolnie kapituluje i wolno ruszamy do wyjścia. Mimo, że przed chwilą Sam oberwała mieszanką pyłu i braku mojego śniadania wszystko gra. Lekko kuleję, ale nie czuję zawrotów głowy czy czegoś innego, chyba najmniej mi się oberwało, to tylko lekkie otarcie na nodze ( no może nieco głębsze) ale poza tym wszystko gra.  



Lekarz co prawda ma pewne zastrzeżenia do tego, aby Noctis już opuszczał szpital (ja zresztą też), ale obiecujemy mu, że jeśli coś się pogorszy to od razu wrócimy. Wręcza mojemu koledze maść, którą musi smarować nogę oraz kilka bandaży. Daję mu małą sumę pieniędzy, tak po prostu, za wszystko. Dziękujemy mu jeszcze raz i powoli wychodzimy ze szpitala.
- Dalej jestem zdania, że powinieneś zostać w szpitalu. Widziałam Twoją łydkę jako pierwsza i nie wyglądała za dobrze. - stwierdzam.
- Przesadzasz. Czuję się nieźle, serio. - odpowiada.
- Na pewno wszystko dobrze? Nie masz żadnych zawrotów głowy, nudności czy coś? - wolę się upewnić.
- Na pewno. Trochę sobie pospałem i już wszystko jest super. - lekko unosi kącik ust.
Kręcę głową.
- Ale ty jesteś uparty. - stwierdzam.
Uśmiecha się jedynie. Idziemy wolno w kierunku domu, jest już dosyć ciemno. Godzinę temu do szpitala trafiło bardzo wiele ludzi, z poważnymi obrażeniami. Niestety z tego co widzę obok elektrowni (przechodzimy koło niej) nie wszystkim się udało. Kilka rodzin dalej przetrzepują gruzy w nadziei, że znajdą tam żywą osobę, którą tak gorączkowo poszukują. Noctis lekko kuleje, ale raczej z tego wyjdzie. Jestem też wdzięczna lekarzowi, że dał mu lekarstwo i zastanawiam się, czy to nie dlatego, że jestem córką jego najwidoczniej dawnej znajomej.
- Ale mi stracha napędziłeś, wiesz..? - udawany żal.
- Wiem, wiem, przepraszam. - mówi lekko rozbawiony.
Docieramy do mojego domu po około dwudziestu minutach, bo szliśmy wolno.
- Wejdziesz może na chwilę? Musisz też coś zjeść, skoro śniadanie postanowiłeś zwrócić. - krzywię się.

- Okej... Ale jakie tam śniadanie? Woda i trochę pyłu - stwierdzam ze śmiechem i wchodzę za nią
Mama i brat sam akurat siedzą w kuchni gdzie i my zmierzamy
- Dzień Dobry - witam się z uśmiechem
- Już lepiej? - pyta jej mama z lekkim zaniepokojeniem
- Tak, tak - zapewniam - Siemka David
Chłopak kiwa tylko głową.
- Nie za dużo tego witania? Już Cię dzisiaj nosili - mówi Sam
Wywracam oczami i siadam sobie na blacie.
- Dziękuje, na prawdę, mogliście mnie tam zostawić - odpowiadam i prawie od razu dostaję mocno w twarz od Sam
Patrzę na nią ze zdziwieniem. Nie, nie przez uderzenie, często zdarza mi się palnąć coś za co mnie bije i nie przykładam na to większej uwagi gdyż nie robi tego zbyt mocno.
Pocieram ręką miejsce uderzenia gdyż lekko piecze.
- Nie waż się przy mnie więcej mówić czegoś takiego - syczy patrząc mi w oczy poważnie
Gdyby nie było to tak poważne pewnie wybuchnęła by śmiechem na widok mojego wyrazu twarzy ale jakoś nikomu nie do śmiechu.
- Jasne - mówię i wywracam oczami
Kiwa głową i jakby nigdy nic robi posiłek z tego co im zostało. Wodzę za nią wzrokiem nic nie mówiąc.



Czasami wkurza mnie jego lekkomyślność i takie bezstresowe podejście do życia. Nie darowałabym sobie, jeśli bym go tam zostawiła, albo nie zdążyła go stamtąd zabrać. Jeszcze nie podziękowałam mamie i bratu za pomoc, ale zrobię to później. I tak pewnie wiedzą, że jestem im bardzo wdzięczna. To się rozumie samo przez się. Robię Noctis'owi kanapki z serem i szynką. Tak szynką, widocznie mama dzisiaj kupiła trochę za ten sweter. Też będę musiała jej podziękować. Tymczasem David szepcze coś mamie na ucho i wychodzą z pokoju. Może chce z nią porozmawiać na temat Igrzysk, albo coś. Robię jeszcze herbatę.
- Nie mów mi już nigdy czegoś takiego w stylu "Mogłaś mnie zostawić" itp. Nie wybaczyłabym sobie, gdybym Cię tam zostawiła. - mówię stojąc plecami do niego.
Siedzi cicho, widocznie trawi moje słowa. Kątem oka widzę, że chyba kiwa głową, ale nie jestem pewna. Podaję mu kanapki i herbatę, po czym deklaruję, że idę się przebrać. Ciekawe, czy te ubrania kiedykolwiek zdołam dobrać z wymiocin. Gdy wracam Noctis już tylko sączy herbatę, a talerz jest pusty.
- Chyba głodny byłeś. - zauważam.
- Jak zawsze. - uśmiecha się.
- Gdzie teraz będziesz pracował? - pytam siadając naprzeciwko niego.
Wzrusza ramionami.
- Nie mam pojęcia.. - mówi.



- Będę sobie musiał jakoś poradzić - stwierdzam i ziewam
- Co dalej zmęczony? - odpowiada rozbawiona
- Ej..., mam prawo być zmęczony - zauważał z nadąsaną miną i zeskakuję z blatu
- Jasne, jasne - mówi nieco prowokacyjnie
- Dobra, ja spadam do siebie - burczę pod nosem i ruszam do drzwi.
Sam jednak łapie mnie za rękę, a ja zerkam na nią przez ramię.
- Tylko się nie przemęczaj jasne? - mówi i puszcza
- Tia..., jak słońce - odpowiadam
Po chwili jestem już w domu. Rzucam się na łóżko i prawie od razu zasypiam. Mam szczęście gdyż nie mam żadnego snu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz