czwartek, 19 lutego 2015

Część Druga: Przygotowania do Igrzysk [Part 2]

Daję jej spać. Bo czemu miałbym ją budzić? I tak też po chwili zasypiam i budzę się dopiero około dziewiątej kiedy rozlega się pukanie do drzwi. Przecieram oczy wolną ręką i delikatnie wyślizguję się spod Sam tak by jej nie obudzić. Podchodzę do drzwi i otwieram nieco zaspany. Widzę nieco wystraszoną twarz Elizabeth, która zaraz zmienia się w uśmiech kiedy mnie widzi. 
- Nie było Cię w pokoju... - zauważa
- Sam się obudziła z krzykiem i poszedłem ją uspokoić, mówiłem, że tak będzie - przypominam
Kiwa tylko głową. 
- Śniadanie - powiadamia i sobie idzie
Zostawiam Sam na drzwiach kartkę, z informacją o śniadaniu i, że już poszedłem po czym zamykam cicho drzwi i idę do siebie wziąć prysznic. Zbieram się dość szybko. Ubieram pierwsze co mam pod ręką i idę na śniadanie. Siadam tam gdzie ostatnio całkowicie bez słowa. Nie jem za dużo bo jak ostatnio widok mojego ojca odbiera mi całkiem apetyt. 
- Trzeba obmyślić jakąś strategię - powiadamia 
- Wiem - odpowiadam - Mam już wszystko - zapewniam nie podnosząc wzroku znad talerza
- No, przynajmniej to umiesz zrobić - mówi, a mnie aż krew zalewa i z trudem powstrzymuję się by mu nie przywalić
Po chwili jednak przychodzi Sam i zajmuje swoje miejsce. 
- A ty co myślisz o innych trybutach? - pytam zerkając na nią na chwilę i grzebię łyżką w misce płatków
- Zawodowcy jak zawsze są mocni - zauważa 
Przytakuję skinieniem głowy. 
- Masz pomysł na jakiś sojuszników? - pytam nie odrywając wzroku od płatków i dalej bawię się zamiast jeść
- Nie myślałam o tym - przyznaje 
- A powinnaś - zauważam i ziewam 
- Co Cię tak zmęczyło spanie? - pyta ojciec
- Nie, krzyki Sam o trzeciej - odpowiadam i przecieram oczy - Mniejsza, mimo wszystko muszę z Tobą wszystko omówić 
Mentor kiwa głową. 
- Na postoju? - proponuje 
- Może być - stwierdzam rezygnując ze śniadania - Sam, David dał Ci coś?
- Tak, ale... - zaczyna ale jej przerywam
- Nie zgub - mówię z rozbawieniem i zabieram paczkę papierosów ojca ze stolika
Idę do drzwi. 
- Noc! - woła za mną jakby chciała wyjaśnień ale nie zwracam uwagi. 
Wchodzę do pokoju i opieram się o ścianę przy oknie, zapalam sobie papierosa. Myślę o tym wszystkim i dopracowuje własny plan.  


Co to ma wszystko znaczyć. Co ma w sobie ten sznurek, że wszyscy tak go.. hmm... chronią? Nie rozumiem, ale nawet nie mam siły się nad tym zastanawiać. Ellizabeth natomiast zachowuje się, choćby w ogóle nie zauważyła, że Noctis wyszedł i zaczyna mówić.
- No więc jutro rano będziemy już na miejscu. Kapitol to cudowne miejsce, naprawdę. Pokochacie je od razu! - mówi rozpromieniona i na chwilę przerywa. - Moment... Gdzie jest Noctis? Pójdę po niego. Też powinien znać nasz plan. - uśmiecha się i wychodzi.
Chwilkę później wraca i ciągnie Noctis'a za rękę. Ten idzie znudzony, siada na swoim miejscu i oddaje ojcu papierosy, a on chowa je zaborczo i wraca do czytania gazety.
- No więc jak już mówiłam, jutro jesteśmy na miejscu i jedziemy prosto do Ośrodka Szkoleniowego. Co prawda nie dostaniemy penthouse'u, ale mogę was zapewnić, że 5 piętro jest cudowne! Poznacie swoich stylistów, którzy przygotują was do parady trybutów, która odbędzie się wieczorem. Potem trzy dni szkolenia, szkolenie indywidualne i moja ulubiona część! Wywiady! - ekscytuje się i nie umie usiedzieć w miejscu.
Nie umiem powstrzymać rozbawienia, tak jak reszta mojego towarzystwa. Ellizabeth widocznie uważa, że jesteśmy tak samo zafascynowani tym jak ona, więc nie obraża się. Kocham te prymitywne móżdżki mieszkańców Kapitolu.
- Wywiady są super, naprawdę! Macie tylko trzy minuty na rozmowę z Ceasar'em, ale to cudowne przeżycie! Musicie wypaść jak najlepiej, już ja o to zadbam! - obiecuje nam.
- Ellizabeth. - nie umiem powstrzymać śmiechu. - Z twoją pomocą na pewno wypadniemy wyśmienicie.
- Och, naprawdę tak uważasz? - chwyta się za serce. - Dziękuję Samantho.
Słysząc moje pełne imię jeszcze bardziej mi do śmiechu. Nikt tak do mnie nie mówił, wszyscy używali jedynie mojego zdrobnienia.

Siedzę i słucham niechętnie. Po co mi właściwie te informacje? Nie wiem. Może myśli, że coś z tego wyniosę? Że się postaram? Nie.
- A co można ćwiczyć w ośrodku szkoleniowym? - pytam opierając głowę na ręce
Reszta mało mnie obchodzi przez to tylko jest jedyna rzecz dla nas. Reszta jest tylko i wyłącznie dla zabawy Kapitolu więc możemy sobie to równie dobrze darować.
- Hym..., szermierka, strzelanie z łuku.. kamuflaż... - widocznie więcej nie umie wymienić
- Okej, może być - stwierdzam
Elizabeth uśmiecha się bo mogła mnie zadowolić, chodź tego nie zrobiła, ma pewnie takie wrażenie. Szczerze nie mam zamiaru brać się za żadną z tych rzeczy. 
Zaraz za skończyliśmy ruszam do pokoju mając dość tego wszystkiego. Zawsze lepsze to niż szukanie pracy po ulicach...
Kładę się na łóżko patrząc w sufit. Kiedy ktoś wchodzi do pokoju. Myślę, że to Sam więc odruchowo przesuwam się by mogła usiąść. 
- Nie kłopocz się, wezmę krzesło - słyszę głos ojca 
Siadam momentalnie i krzywi się. Wie, że spodziewałem się, że to ktoś inny więc nie nie mówię. 
- Mam nadzieję, że jednak nie jesteś tak głupi jak mi się wydaje i masz jakiś plan - mówi 
Kiwał głową. 
- Jakiś sojuszników masz upatrzonych? - pyta 
- Trójkę i... - waham się lekko myśląc
Czeka na odpowiedź jakby miał to być test i pewnie jest. Sprawdza czy warto mi poświęcić czas. 
- I Chłopaka z jedenastki, do tego Sam, więcej nie potrzebuję, a nawet będą zawadzać - zauważam 
- Racja - odpowiada i wolno wstaje - Plan już dopracowany rozumiem?
- Prawie i tak najpierw muszę z nimi pogadać to nie takie proste kiedy nie znasz sprzymierzeńców - odpowiadam
- Tak, nieźle. Dobra, pogadamy później mam jeszcze trochę roboty, jutro przyjedziemy i nie narób więcej wstydu - mówi
- A co? Zdążyłeś już narobić? - pytam 
Zerka na mnie przez ramię, zmusza się do krzywego uśmiechu. 
- Nie pyskuj bo polecisz na piechotę - odpowiada i wychodzi 



Podczas gdy Noctis i jego ojciec gdzieś zniknęli, ja muszę siedzieć i wysłuchiwać kazań i rad Ellizabeth. Za każdym razem natomiast gdy chcę już iść ona mnie zatrzymuje i mówi, że to wszystko bezsprzecznie i się przyda oraz, że warto abym tego wysłuchała, jeśli potem ma tłumaczyć mi coś więcej. Dlatego siedzę, słucham jej i się nudzę. Mam ochotę wstać i wyjść bez słowa, ale jestem prawie pewna, że potem nie dałaby mi spokoju. Kochani mieszkańcy Kapitolu, uwielbiam.
- Parada trybutów też jest ważna. Styliści wykażą się pewnie jak najlepiej, abyście wypadli cudownie! Chodzi tu nie tylko o to, aby poznał was Kapitol, ale także sam Pan Prezydent! Naprawdę! Gdy już wszystkie rydwany zjadą się w jedno miejsce, On wygłasza przemówienie i wita wszystkich trybutów! To jest..
- Tak wiem. Ekscytujące - macham rękami. - Znam to, co roku oglądam z tego relację, wiem jak to przebiega.
- Czyli jesteś taką samą zagorzałą fanką Igrzysk jak ja? Och, cieszę się, że nie jestem sama. - chichocze.
Ja? Fanką Igrzysk? Zabawne. Nie podważam jednak tego, bo coś czuję, że dyskusja wydłużyłaby się o kilka godzin..
- Wiesz, po paradzie wracamy na nasze piętro i mamy wolne do wieczora. Nie martw się, zobaczymy oczywiście jak wypadliście. - śmieje się. - Następnie są trzy dni w Ośrodku Szkoleniowym. Z tego co wiem jest kilka obowiązkowych ćwiczeń, ale tak to możecie robić co chcecie. Są tam różne stanowiska. Mówiłam już Noctis'owi jakie na przykład.
- A możesz podać więcej? Bo z tych co mówiłaś interesuje mnie tylko jedna rzecz. - zagaduję.
Jestem pewna, że nie poda nic więcej, albo coś czego nie będzie. Faktycznie, wygląda na lekko zmieszaną.
- A mówiłam ci już, że pod koniec trzeciego dnia będzie indywidualny pokaz umiejętności? - zmienia temat. Wiedziałam. - Organizatorzy was zobaczą i ocenią. Oceny obejrzymy wieczorem w telewizji. To przełomowy moment, wiele sponsorów bierze to pod uwagę.
- Ile kosztują takie podarunki dla trybutów? - pytam
- Och to zależy. Wszystkie są bardzo drogie, ale to oczywiste, że np. bochenek chleba będzie tańszy niż porządna broń. - odpowiada ucieszona, że się czymś zainteresowałam.
Kiwam głową. Nie żeby mi się to przydało, ale takie rzeczy warto akurat wiedzieć. Warto wiedzieć czego można się spodziewać lub czego oczekiwać.
- Po trzech dniach szkolenia jest jeden wolny dzień, w którym nauczę ciebie i Noctis'a jak się prawidłowo zachowywać na wywiadzie, natomiast wasz mentor nauczy was co mówić i jak się odnosić. - tłumaczy. - Następnego dnia macie cały wolny dzień aż do wieczora, wtedy są właśnie wspomniane wywiady, a po nich obejrzymy sobie relację. Po niej idziemy spać, a rano już są przygotowania do wysłania was na arenę. Niestety w tym temacie nie jestem dość obeznana.. - mówi
Kiwam głową. Co rok oglądam Igrzyska, chociażby przelotnie, więc orientuję się co nieco w sytuacji. Mimo wszystko, chociaż nie prosiłam, przybliżyła mi to jeszcze raz.



Dwa dni w pociągu są dla mniej więcej niż torturą. Nie potrafię siedzieć w zamkniętym poruszającym się miejscu, a co nie mam żadnego w pływu. Gorzej byłoby tylko gdyby to latało.
W końcu przygotowujemy się do wyjścia. W zasadzie nie mogę powiedzieć "my" gdyż ja siedzę gotowy na fotelu i czekam tylko aż ta pierońska maszyna zatrzyma się i mnie wypuści.
- Miałem lekką nadzieję, że to cholerstwo zabije nas po drodze i nie dojedziemy - mówię do Sam gdy pojawia się w końcu w salonie.
Śmieje się lekko ale dość krótko.
- Jasne, ty to masz pomysły - zauważa
Wzruszam ramionami.
- Nienawidzę pociągów - mówię
- Jedziesz pierwszy raz - przypomina mi siadając obok
- I mam nadzieję, że ostatni - wzdycham jakbym na prawdę był zawiedziony z tej podróży.
Sam znów się uśmiecha.
- Przeżyjesz chyba jeszcze te 30 minut - mówi
- A mam wybór? - odpowiadam pytaniem
- Nie - zauważa
- Właśnie
Siada na kanapie metr dalej. Siedzimy parę minut w milczeniu jednak przerywam to.
- Masz ochotę się nieco rozluźnić? - pytam wstając z lekkim uśmiechem
Chyba wie co mam na myśli gdyż też wstaje i się uśmiecha.
- Czemu nie? - wzrusza ramionami.
Ruszamy cicho przez pociąg i siadamy dopiero na samym końcu, na zewnątrz. Wyciągam papieros z paczki i zapalam, rzucam paczkę Sam. Po chwili zawahania ona robi to samo. 
- Tu nie słyszą co? - pyta 
- Ano, pewnie zaraz nas zaczną szukać - zauważam
Przytakuje skinieniem głowy i również zaczyna kurzyć. 
Siedzimy tak około pół godziny, jednak 5 minut przed zatrzymaniem się pociągu wchodzimy do środka i siadamy w ładowni. Siadamy sobie na skrzyniach i gadamy właściwie o niczym. O tym, co moglibyśmy teraz robić w domu. Mija nam tak prawie godzina kiedy w końcu wpada nasz mentor. 
- Mam ich! - woła na korytarz i zaraz za nim wpada Elizabeth
- Rany! Ale nam napędziliście strachu! - woła - Od prawie trzydziestu minut jesteśmy spóźnieni! - krzyczy po nas


Napędziliśmy jej strachu? A co, mielibyśmy wyskoczyć z pociągu? Albo się w nim zgubić? Albo może ktoś nas zabił gdy niewinnie siedzieliśmy we własnych przedziałach? A nie, przepraszam. Na to przyjdzie czas na arenie, na którą jesteśmy transportowani. "Wystarczyło dogłębnie poszukać Ellizabeth" - ciśnie mi się na usta, ale jednak milczę. Ona jednak nas ciągle pogania, wrzeszczy, szlocha i zawodzi. W końcu gdy mamy ze sobą wszystkie rzeczy, wychodzimy z pociągu. Jesteśmy na jakiejś stacji, ale nie ma tu nikogo oprócz nas. Albo faktycznie nieźle się spóźniliśmy, albo ta stacja jest przeznaczona dla nas. Ellizabeth nas prowadzi po schodach, za nią idę ja, potem Noctis, a za nim nasz mentor. W końcu wchodzimy drzwiami na szczycie schodów na korytarz. Jest ciemny z nielicznymi lampami. Jest tutaj wiele pokoi, zgaduję, że każdy z nich należy do jednego trybuta i jego ekipy przygotowawczej. Nie mylę się.
- No więc Samantho, ty idziesz tutaj - wskazuje jeden pokój - A ty Noctis tutaj - wskazuje pokój zaraz obok.
Stoimy w miejscu jakbyśmy nie zrozumieli prostej instrukcji nam wydanej. Nie wiem, czy jestem na to gotowa.
- No już, ruszać się! - mówi nasz mentor poganiając nas.
Patrzę jeszcze chwilę krzepiąco na Noctis'a i wchodzę do wskazanego mi pokoju. Drzwi za mną się zamykają. Pomieszczenie jest nieduże, znajduje się tu jedynie stolik z mnóstwem nożyczek, skalpeli i innych narzędzi, umywalka oraz hmm.... nie nazwałabym tego łóżkiem. To jest coś w rodzaju tego, co ma u siebie lekarz. Nie wiem jak to się nazywa, widzę to też zresztą chyba drugi raz w życiu, więc trudno mi się dziwić. Obok tego czegoś stoi moja ekipa przygotowawcza, ale bez stylisty bądź stylistki. Co dziwne, składa się z samych kobiet.
- Och, wreszcie jesteś! - mówi jedna z nich, wysoka, szczupła o wściekle czerwonych włosach i podobnym makijażu widocznym na 3 kilometry. - Nazywam się Will, a to jest Herties - wskazuje niską i bardzo chudą współtowarzyszkę, której włosy przypominają mi tęczę. Wszystkie kolory jakie tylko się wynajdzie. Makijaż również ostry, pasujący do fikuśnej fryzury. Gdy Will ją przedstawia, ta uśmiecha się od ucha do ucha i odsłania swoje śnieżnobiałe zęby. - A to jest Bonnie - pokazuje na bardzo wysoką kobietę o zielonych włosach i różowym makijażu. Rzuca się w oczy. Macha mi pogodnie ręką gdy słyszy swoje imię. - Jesteśmy twoją ekipą przygotowawczą i doprowadzimy cię do porządku przed spotkaniem z twoją stylistką - Clarą Crazyvien. No już, już! Szybciutko. Rozbieraj się i kładź się tutaj!
Czuję się dziwnie w otoczeniu obcych osób i to jeszcze takich dziwaków, którzy to wyrywają mi włosy, to myją, to szorują, obcinają paznokcie, piłują je, nakładają masę maseczek, kremów i odżywek. Cały czas rozmawiają, śmieją się i chichoczą doprowadzając mnie swoim akcentem do szału. Kapitol. Uwielbiam tych ludzi i ich makabryczne zachowanie. Ile bym dała, żeby być teraz w domu. Gdy kończą, boli mnie każdy kawałek ciała. Mimo wszystko, nie powiem, odwalili kawał dobrej roboty. Siedzę i czekam na Clarę, aż w końcu zjawia się. Nie wygląda jak moja ekipa. Włosy ma zwykłe, brązowe do ramion. Jedynie makijaż trochę rzuca się w oczy, a tak to wygląda normalnie. Brak jej też tego wkurzającego akcentu.
- Witaj Sam. Jestem Clara i jestem twoją stylistką. Będę cię przygotowywać do występów, tworzyć twoje kreacje itp.
- Witam.. - mówię niepewnie.
- Od razu mówię, to mój drugi rok na Igrzyskach, ale to nie znaczy, że przebierzesz się za.. no nie wiem.. Po prostu chcę powiedzieć, że zrobię co w mojej mocy aby twój strój zachwycił wszystkich na widowni, ale również ciebie. Nie będziesz paradować w jakimś żałosnym stroju, masz moje słowo.
- Dziękuję. Miło mi to słyszeć, zważając na to, jak byli ubierani trybuci z mojego dystryktu... - mówię. Byli ubierani beznadziejnie, naprawdę.
- Nie dopuścimy do tego, aby w tym roku ktoś się z ciebie śmiał. - lustruje mnie wzorkiem. Patrzy na moje włosy, oczy, usta, uszy, nogi, ręce, ramiona, wszystko. - Widzę cię już w pewnej kreacji... Ale to zobaczysz wieczorem. To ma być niespodzianka - uśmiecha się. - Może włóż szlafrok, pogadamy, co ty na to?
Kiwam głową i robię to, co powiedziała. Wstajemy i kierujemy się do drzwi w pokoju, których wcześniej nie widziałam. Prowadzą do małego salonu, ale jakże pięknie urządzonego. Na środku stoi stolik z owocami, jest tu kanapa, dwa fotele, wiele obszernych i dużych okien, ozdoby, obrazy, kwiaty. Zajmujemy miejsca na kanapie.
- A więc od razu mówię, że nie sądzę, aby udział w Igrzyskach to był jakiś szczególny zaszczyt, nie mam zamiaru ci gratulować, ale obiecuję ci, że nikt cię nie zapomni, szczególnie sponsorzy. - puszcza mi oko.
- Cieszę się.. - mówię, nie mam pomysłu na nic innego. - Przynajmniej ta część tego show będzie przyjemna..
- Jesteś dość pesymistycznie nastawiona... Widziałam już kątem oka twoich przeciwników, jeśli jesteś taka sprytna jak mi się wydaje, masz szansę.
- Tak, ale z dwudziestu czterech osób przeżyje tylko jedna, a ja przyjechałam tu z kimś z mojego dystryktu, kto jest dla mnie ważny..., a też będzie brał w tym udział.
Milczy chwilę.
- A tak. Widziałam tego chłopaka. Całkiem przystojny. - uśmiecha się do mnie szeroko, a ja odwzajemniam uśmiech.
Po chwili obie się śmiejemy. Mam szczęście, że trafiłam na taką stylistkę, a nie podobną do mojej ekipy przygotowawczej. Zastanawiam się, czy takie samo szczęście miał Noctis.

sobota, 7 lutego 2015

Część Druga: Przygotowania do Igrzysk [Part 1]

Dni tak mijają, a mój każdy dzień wygląda tak samo. Wstaję około jedenastej. Zmieniam opatrunek po czym siedzę cały dzień w domu, a wieczorem idę do Sam i rozmawiamy siedząc przed jej domem.
- Jutro dożynki - zauważa
- Mhm - kiwam głową
Podajemy sobie w połowie pustą butelkę z sokiem pomarańczowym. Sam długo na niego zbierała. Około połowę ( czyli większą część) odlała mamie i bratu, resztę pijemy teraz na zmianę po łyku. Biorę mały łyk i jej oddaje.
- Nie mamy wcale tak dużej szansy, nie ma co się stresować - zauważam
Sam przytakuje jedynie skinieniem głowy.
- Przyjdę rano i pójdziemy razem - zapewniam
Wydaje się nieco zamyślona więc zaraz potem dźgam ją z łokcia w ramię i dodaje:
- A potem idziemy nad jezioro pamiętasz?
- Tak, jasne - odpowiada i uśmiecha się promiennie



Rano, w dzień dożynek, budzę się wcześnie. Nie miałam żadnego snu i bardzo dobrze. Leżę jeszcze chwilę na łóżku i myślę, kto tym razem pojedzie na rzeź. Moje rozmyślania trwają na tyle długo, że w końcu do pokoju wchodzi mama, informuje mnie, że trzeba się zbierać i budzi David'a. No tak. To pierwszy rok mojego brata, a on wcale nie wygląda na zestresowanego. Wręcz przeciwnie. Mam wrażenie, że nie zdaje sobie sprawy jaki stres czeka go teraz przez kilka lat. Wstaję powoli, biorę szybki prysznic i wynajduję z szafy jakąś ciemno-niebieską sukienkę do kolan. Zwykła, lekko rozkloszowana na dole. Włosy upinam w kucyk i zakładam czarne buty. Rozmawiam chwilę z David'em i pierwszy raz widzę, że jest lekko zdenerwowany.
- Nie martw się. Nie wybiorą cię, masz tylko jeden los. To praktycznie niemożliwe. - zapewniam go
Przeglądam się jeszcze chwilę w lustrze.
- Sam, skarbie. - słyszę wołanie mamy i idę w jej kierunku - Masz gościa.
Domyślam się, że Noctis przyszedł.
- My już wyjdziemy. - informuję ją, a ona kiwa głową.
Wychodzę i zamykam drzwi za sobą. Noctis czeka od razu przy drzwiach.
- Jak noga? - pytam najpierw
- Dobrze. Prawie nie czuję, że coś z nią było nie tak. - uśmiecha się.
- To świetnie. - odwzajemniam uśmiech i ruszamy na plac.
Idziemy wolno, bo właściwie zostało jeszcze trochę czasu. Żadne z nas się nie odzywa, mamy swoje do przemyślenia. Coraz więcej osób wychodzi z domów i kieruje się tam gdzie my.
- W sumie mogliśmy wyjść wcześniej, nie lubię takich tłumów. - stwierdza Noctis.
- Racja. W przyszłym roku trzeba tak będzie zrobić. - śmieję się pod nosem.
Docieramy na plac i idziemy się zapisać. To nie boli, jedynie lekko piecze. Jestem już zapisana, czekam jeszcze na mojego towarzysza i idziemy środkiem placu, na jego koniec, do swoich przedziałów. Kiedy do nich docieramy ściskam jeszcze rękę Noctis'a i idę do dziewczyn z mojej grupy wiekowej. Stoję w tym tłumie jeszcze chwilę, po czym na scenie pojawia się Ellizabeth Mortimer, opiekunka naszego dystryktu i rozpoczyna Dożynki.



Stoję spokojnie patrząc na scenę. Nie dzieje się nic ciekawego, wszystko jak co roku. Nudy i jeszcze raz nudy. Słońce praży nas ostro przez co robi mi się nieco słabo i przestępuję cały czas z nogi na nogę. W końcu ku mojej uciesze zaczyna się losowanie. Tak, tak. Najgorsza rzecz dzisiaj, a ja się cieszę. Elizabeth losuje najpierw dziewczynę. Przyglądam się uważnie jej postaci. Kiedy słyszę nazwisko, które zostało wylosowane nieruchomieję. "Samantha Levis" Podnoszę szybko wzrok na Sam, która obdarza mnie przerażonym spojrzeniem. Biorę głęboki wdech. Wszystko będzie dobrze. Obserwuje ją jak wychodzi na scenę. Elizabeth losuje teraz z naszej puli. Odkąd usłyszałem Sam wiem, ze to nie nasz rok i jestem pewien, że to ja wyjdę jako drugi. Po chwili, która dla mnie jest wiecznością wyciąga kartkę. Z jednej strony czuję zdumiewającą ulgę, że to nie moje nazwisko, z drugiej znów drętwieje ponieważ słyszę drugie znane mi nazwisko. " David Levis". Pierwszy rok. Ten to ma pecha. Jeden los, a już wylosowany. Biorę głęboki wdech bo wiem co muszę zrobić. David ledwo co rusza się z swojego miejsca, a ja od razu wystrzeliwuję do przodu, że nie czasu zrobić więcej niż 3 kroki.
- Zgłaszam się za niego - mówię i patrzę znacząco na Sam po czym ruszam w tamtym kierunku.
Słychać jakiś pomruk w tłumie za mną, ale mam to gdzieś. Staję nieco sztywno koło Sam.
- Dobrze.., więc jak się nazywasz? - pyta Elizabeth, a żołądek podchodzi mi do gardła
- Noctis Black - odpowiadam co nieco więźnie mi w gardle
- Oklaski dla kolejnych trybutów - mówi
Rozlegają się donośne brawa, a gdy ja czuję na sobie wzrok Sam nie wiem czy chce mnie zabić czy podziękować. Chyba i jedno i drugie.
Zaraz po tym prowadzą nas gdzieś. Nigdy nie zwracałem nawet uwagi na igrzyska więc nie mam pocięcia gdzie, pewnie Sam wie wszystko.
- Powiedz bratu jak przyjdą, że ma zwiać to lasu i tam czekać, okej? Jeśli zginiemy może wrócić ale nie wcześniej - syczę jej do ucha tuż przed tym jak nas rozdzielają.


Z początku to co zwykle, Ellizabeth puszcza film, wita nas itp. itd. Następnie przechodzi do puli, skąd wylosuje nieszczęsną trybutkę tego roku. Miesza karteczki ręką, a ja zamykam oczy jak co roku podczas tego momentu. W końcu decyduje się na jedną kartkę i wyciąga ją. Obraca w dłoniach, otwiera i wyczytuje nazwisko.
- Samantha Levis! - mówi donośnie do mikrofonu.
Serce na moment przestaje mi bić. Zastanawiam się, czy się nie przesłyszałam, ale gdy otwieram oczy, wszystkie dziewczyny obok mnie patrzą na mnie ze współczuciem i robią mi miejsce, aby wyszła. Czuję, że zaraz będę wymiotować. Wyszukuję wzrokiem w tłumie Noctis'a i patrzę na niego sztywno, po czym idę drętwo na scenę. Ellizabeth macha do mnie, pomaga mi wejść po schodach i szybko ciągnie na środek sceny. Dalej już mało ją słucham. Jadę na arenę. Ellizabeth podchodzi do puli chłopców. Jadę na arenę. Wyciąga jedną kartkę. Jadę na arenę. Te słowa powtarzają się w mojej głowie co chwilę. A więc w końcu doczekałam tego momentu. Zwracam na nią uwagę dopiero wtedy, gdy odczytuje znane mi nazwisko z kartki.
- David Levis!
Co. Czy to żart? Tak, to żart. To perfidny, ohydny i straszny żart. A jednak nie. Mój brat wyłania się z tłumu z przestraszoną twarzą i powoli podąża do sceny. Albo raczej  ma taki zamiar, bo zaraz słyszę głos.
- Zgłaszam się za niego!
Nie muszę patrzeć, żeby wiedzieć kim jest ta osoba. Ellizabeth pyta go o imię, a ja razem z nim recytuję je w myślach. Noctis Black. Mam ochotę go uściskać i podziękować i jednocześnie zabić i pogrzebać. Nie mogę jechać z nim na arenę. Wygra tylko jedna osoba, a nawet jeśli byłabym to ja, to nie wyobrażam sobie życia bez niego. Ellizabeth nam gratuluje, przedstawia jeszcze raz i wyprowadzają nas ze sceny. Na chwilę idziemy z Noctis'em blisko siebie i wtedy on szepcze mi to do ucha.
- Powiedz bratu jak przyjdą, że ma zwiać to lasu i tam czekać, okej? Jeśli zginiemy może wrócić ale nie wcześniej.
O co mu dokładnie chodziło? Nie wiem. Ale to ma być wiadomość dla David'a więc decyduję się mu to przekazać. Pewnie i tak więcej zrozumie niż ja. Strażnicy Pokoju wprowadzają nas do oddzielnych pokoi gdzie przychodzą bliscy, aby się pożegnać. Nie mija chwila, gdy przychodzi moja mama z bratem. Od razu widzę, że płakała. Ja tymczasem stoję drętwo i jestem jakaś... jakby nieobecna.
- David... Noctis kazał wam przekazać, żebyście schowali się w lesie.. Nie wiem o co mu chodziło, ale wie co mówi... Pamiętasz mamo to jezioro, gdzie uczyłam się pływać? Niedaleko niego jest chatka, w której możecie się schronić. - mówię szeptem, bo wiem, że jesteśmy obserwowani.
Mama też nie wiele rozumie, ale David niemal natychmiast się zgadza.
- Mamo, musisz znaleźć pracę. Idź do piekarni, powiedz, że jestem twoją córką. Zatrudnią cię tam, to bardzo mili ludzie. David, nie bierz nigdy astragali. W chatce ukryta jest broń, jeśli trzeba będzie to polujcie. - instruuję ich.
W końcu żegnamy się ostatecznie, tulimy się itd. David wręcza mi swój sznurek do zabawy i mówi, żebym wróciła cała i zdrowa razem z Noctis'em.. i sznurkiem. Wychodzą. Pewnie idą też do drugiego trybuta.. Chwilę później przychodzi Tracy i Jenn z piekarni. Płaczą. Mówią, że dadzą pracę mojej mamie, jeśli tylko zechce. Dziękuję im, tulimy się, całujemy w policzek na pożegnanie i wychodzą. Przychodzi jeszcze kilka moich rzekomych koleżanek ze szkoły, niby mnie pocieszyć i życzyć powodzenia, ale tak naprawdę widzę ulgę na ich twarzach, że nie zostały wybrane. Potem nie przychodzi już nikt, oprócz Strażników Pokoju, którzy prowadzą mnie do pojazdu, którym zostaniemy przewiezieni na stację, do pociągu. Ellizabeth już tam jest, jak i kierowca. Noctis także już siedzi.



Siedzę w pokoju tak wkurzony jak tylko się da. Opieram głowę na ręce i bębnie palcami w blat stołu. Na drugiej ręce opieram głowę. Mam wrażenie, że nikt nie przyjdzie. Nie mam ochoty rozmawiać z nikim poza Sam. Niestety niemiło się rozczarowuję bo po chwili przez drzwi wchodzi mój ojciec. Widocznie nawet nie próbuje udawać, że jest trzeźwy. 
- Noc, myślałem, że nie jesteś na tyle tępy by tu być - mówi, a wręcz warczy, a ja już mam go dość
- Odczep się ode mnie - burczę i wlepiam wzrok w blat stołu
Nachyla się nade mną przez co już konkretnie czuję alkohol. 
- Zawiodłeś mnie - syczy mi do ucha
Wywracam tylko oczami. 
- No i? To moje życie i będę robić co chce - odpowiadam
Ani nie drgnę, nie mam zamiaru. 
- Porozmawiamy później, jasne? - mówi tylko i idzie do drzwi
Milczę, mam ochotę nigdy więcej go nie zobaczyć ale wiem, że mimo wszystko to niemożliwe. 


Po prawie godzinie siedzę w samochodzie i czekam na Sam. Wzrok zbity mam w siedzenie przed sobą. Jestem zamyślony, tak strasznie, że nie zauważam kiedy Sam siada obok i ruszamy. Musi dźgnąć mnie w bok bym się ockną. 
- Sorka - mówię ziewając - jestem zmęczony 
Uśmiecha się do mnie krzywo. 
- Chyba nici z wycieczki do lasu - zauważam 
Widocznie poprawiam jej humor moim stwierdzeniem bo nie jest aż tak zdenerwowana. 
- Masz rację - przyznaję 
- Nie martw się będzie dobrze - mówię i uśmiecham się do niej szeroko



Między mną i Noctis'em a kierowcą i Ellizabeth jest przyciemniana szyba dźwiękoszczelna, dzięki czemu my nie słyszymy o czym oni rozmawiają, a oni o czym my. Widocznie Ellizabeth musi poinstruować kierowcę gdzie jedziemy i nie chce, abyśmy znali szczegóły.
- No nie wiem, czy tak dobrze. - odwzajemniam uśmiech, ale trochę słabo.
- Nie przejmuj się, serio. Złość piękności szkodzi. - śmieje się
No dobra, teraz też się uśmiecham, szczerze.
- Jasne. Słuchaj, wiesz co? Powinnam Ci podziękować, za to, że się zgłosiłeś za David'a i chciałabym naprawdę to zrobić, ale mam ochotę Cię zabić. - chowam na chwilę twarz w dłoniach i znowu ją wyłaniam.
Noctis wygląda na lekko rozbawionego.
- No co? - szturcham go łokciem z lekkim uśmiechem.
- Nic, nic. - podnosi ręce w geście "poddaję się".
Myślę chwilę, czy jeśli Noctis nie zgłosiłby się za mojego brata czy ktoś inny by to zrobił. Pewnie nie, nie ma u nas w Piątce takich osób. Jestem przekonana, że teraz by tu siedział ze mną, a ja nie wiedziałabym kompletnie co robić. Zginąłby na początku razem ze mną? A może zostalibyśmy sami na końcu i któreś z nas musiałoby zabić drugiego? Nie, nie wyobrażam sobie tego. Nie mogłabym w najgorszych koszmarach skrzywdzić mojego brata, a co dopiero zabić. Nie do pomyślenia. Swoją drogą miał tylko jeden wpis. Jak to możliwe, że akurat ta kartka spośród wielu, wielu innych wpadła w ręce Ellizabeth? Paradoks. Przerywam w końcu moje przemyślenia i wracam do brutalnej rzeczywistości.
- Ale serio. Doceniam to, co dla niego zrobiłeś. - mówię teraz już poważnie i kładę mu głowę na ramieniu.



Obejmuję ją delikatnie.
- Ej..., wiesz co? - pytam patrząc w nieokreślony punkt przed sobą
- Hym? - mruczy Sam
- Wiesz, że wszystko będzie dobrze? - zapewniam ją
- Wiem - mówi uśmiechając się lekko
Wybucham śmiechem, a ona po chwili robi to samo. Tak właśnie skręcamy się ze śmiechu na tylnym siedzeniu samochodu, który wiezie nas na arenę, na której na pewno zginiemy. Genialne.

Po 15 minutach jednak musimy uspokoić śmiech gdyż samochód zatrzymuje się tuż przed pociągiem. Wycieramy oczy pełne radosnych łez. Elizabeth otwiera drzwi samochodu i wygląda jakby zaraz miała wybuchnąć płaczem, ale Sam zaraz się ode mnie odrywa i wysiada. Wywracam oczami z uśmiechem i wysiadam za nią. Elizabeth musi się szybko pozbierać. Prowadzi nas do pociągu i bez większego wyboru wsiadamy. Nasz opiekunka pokazuje nam nasze pokoje.
- E..., ale po co dwa? - pytam krzywiąc się
Już chce coś powiedzieć ale jej przerywam.
- Sam ma poza domem takie koszmary, że i tak beze mnie nie zaśnie - zasłaniam usta jakbym mówił jej jakąś tajemnice ale i tak nie szepcze więc Sam słyszy wszystko
Dźga mnie przez to w bok krzywiąc się.
- Nie przesadzaj - mówi i znika w pokoju
Zaraz gdy znika wybuchał śmiechem.
- Mniejsza, miło skarbie, że się tak starasz ale my sobie poradzimy, jasne? - puszczam dalej shockowanej naszym zachowaniem Elizabeth oczko i znikam za Sam
- Jesteś głupi - mówi siedzi już na łóżku
- Ale gdybyś widziała jej winę to byś pała - mówię i znów mam wrażenie, że zbliża się śmiechawka



Śmiejemy się dosyć długo i dosyć głośno. Ellizabeth widocznie wie, że potrzebujemy się trochę odstresować, więc nie zwraca nam uwagi. Doceniam to.
- Poczekaj aż dotrzemy do Kapitolu. Tam to dopiero będą ciekawe miny. - mówię przez śmiech.
- Ciekawe to mało powiedziane. - dopowiada
Gdy już się w miarę uspokajamy odkrywam, że w moim pokoju jest okno.
- Popatrz, możemy wyskoczyć. - mówię z uśmiechem, lekko przyciszonym głosem.
- Czemu to tak cicho mówisz? - Noctis odwzajemnia uśmiech, bo wie co odpowiem.
- Wiesz, przezorny zawsze ubezpieczony. - silę się na powagę.
- Muszę cię oduczyć tego pesymistycznego spojrzenia na świat. - śmieje się.
Znowu kolejne 15 minut w plecy, bo śmiejemy się jak opętani. W końcu wstaję powoli i podchodzę do szafy, otwieram ją. Wyciągam jakieś jeansy i T-shirt.
- Idę się przebrać. - oznajmiam
Mam nawet prywatną łazienkę w pokoju, luksus. Szybko dość się przebieram i rozpuszczam włosy. Sukienkę zostawiam w łazience, później ją stamtąd wezmę. Wchodzę z powrotem do pokoju, ale Noctis'a tam nie ma. Widzę jedynie kartkę z napisem "Wyskoczyłem przez okno.". Powstrzymuję się od salwy śmiechu dopóki nie otwieram drzwi z szafy. Widzę tam skulonego Noctis'a i wtedy wybucham śmiechem.



- To było aż tak łatwe? - pytam wygrzebując się
- Tak, ale jakże zabawne - odpowiada Sam dalej się śmiejąc
Uśmiecham się także mimowolnie. W tej chwili właśnie ktoś puka po czym w drzwiach pojawia się Elizabeth.
- Em..., chyba wam nie przeszkadzam? - pyta kiedy widzi, że dalej siedzę na ziemi
Wolno się podnoszę.
- Jasne, że nie - odpowiadam od razu - O co chodzi?
- Czas na kolację - powiadamia
Kiwam głową i idę do drzwi.
- Sam, pośpiesz się bo nie będziemy na Ciebie czekać wieki - rzucam do niej przez ramię, pokazuje jej język i ruszam na kolacje
Idę korytarzem między przedziałami. Wychodzę w pomieszczeniu z dużym stołem pełnym jedzenia są tak także cztery krzesła. Krzywię się gdy na jednym widzę mojego ojca. 
- Też się cieszę, że Cię widzę - mówi nawet nie odrywając się od gazety 
- Tia... - burczę 
Elizabeth siada koło niego więc bez sprzeciwu zajmuję miejsce na przeciwko naszej opiekunki. Opieram głowę na ręce i gapię się w talerz, jakoś straciłem nagle chęć jedzenia. 
Na Sam musimy czekać jedynie dwie minuty po czym siada koło mnie, nieco zdziwiona jest moim podłym nastrojem ale nie zwracam na to uwagi. 
- To jest wasz mentor... - zaczyna Elizabeth 
- Tak, tak, zwycięzca igrzysk siedemdziesiątych siódmych Antony Black - przerywam jej znudzony 
- Zachowuj się - upomina mnie nasz mentor 
Wywracam oczami. 
- Widzę, że bardzo interesujesz się igrzyskami - mówi Elizabeth z nerwowym uśmiechem
- Wcale, po prostu to mój ojciec - burczę dalej wbijając wzrok w talerz z tak wielkim zainteresowaniem jakby wyświetlano na nim film
- Okropny bachor nie? - mój ojciec zwraca się do Elizabeth
Ona jednak na szczęście nie odpowiada. Wzdycham cicho i huśtam się na krześle. Zerkam kątem oka na zaskoczoną Sam. 
- Powinniśmy jak zjemy obejrzeć jak poszło w innych dystryktach - zauważam 



A ja myślałam, że to jedynie zbieżność nazwisk. Naprawdę nie sądziłam, że ojciec Noctis'a wygrał Igrzyska. W każdym razie nie pora teraz na takie przemyślenia. Mam przed sobą duży stół z mnóstwem jedzenia na moim talerzu. Tak, jedynym plusem Igrzysk jest fakt, że można się najeść do syta. Jemy w ciszy. Nikt się nie odzywa, nie mamy pomysłu o czym by tu porozmawiać. Gdy kończymy wszyscy Ellizabeth zabiera głos.
- Myślę, że Noctis miał rację, chodźmy do przedziału z telewizorem, obejrzymy relację z innych dystryktów. - oczywiście z promiennym uśmiechem.
Wszyscy zgodnie kiwamy głowami i przemieszczamy się kilka metrów. Siadamy wygodnie na kanapie i Ellizabeth włącza telewizor. W pierwszym dystrykcie od razu mamy dwóch ochotników (no kto by pomyślał) Edward White oraz Sophie Cox. Widać, że obydwoje świetnie przygotowani. Genialnie. W dwójce jest podobna sytuacja, tyle, że zostaje wylosowany chłopak, Alex Custon, a następnie zgłasza się dziewczyna Jessica Derling. Obydwoje wyglądają jak maszyny do zabijania. Patrzę po twarzach moich towarzyszy. Noctis się krzywi, Ellizabeth wygląda na niezwykle zainteresowaną, a nasz mentor wręcz przeciwnie. Chyba go to nudzi. W trzecim dystrykcie nie ma ochotników, Lucas Moonlight i Mary Walker. Obydwoje z bardzo nietypowymi kolorami włosów podchodzą do sceny i widzę, że wcale nie są zadowoleni. Czwórka to również zawodowcy, ale nikt nie podważa losowania. Felix Evans (wygląda też na niezwykle znudzonego) i Kirke Walker (ta znowu na smutną). Przechodzimy do relacji z naszego losowania. Żołądek znowu podchodzi mi do gardła i czuję, że nie chcę tego oglądać. Nerwowo gryzę wewnętrzną stronę policzka, gdy widzę jak Ellizabeth odczytuje moje nazwisko. Wolno i chwiejnie wlokę się na scenę. Następnie losują mojego brata. Teraz dokładniej widzę jego przerażoną i wystraszoną twarz. Robi dwa kroki i pojawia się na środku placu Noctis i woła, że zgłasza się za niego. Nie mam siły nawet teraz spojrzeć na niego, więc lekko mrużę oczy. Szósty dystrykt to 13-letni Matthew Price i 17-letnia Ellizabeth Lee. Nie wyglądają na groźnych. W siódemce widzę oazę spokoju czyli chłopaka - Jacob'a Hestone'a i wściekłą dziewczynę - Juliet Vencist. Dystrykt ósmy przynosi wiele łez ze strony dziewczyny - Christine Allen (wręcz muszą ją wnosić na scenę) i rozbawionego chłopaka - Arthur'a Wood'a. Co dziwne, w dziewiątce mamy ochotnika - Caleb'a Light'a oraz rozdygotaną dziewczynę - Elenę Yopensern. Ciężko powiedzieć ile ma lat, bo ma chyba z tonę makijażu. Dystrykt 10 mnie dziwi. Wylosowany chłopak - Josh Correal wchodzi spokojnie na scenę, ale dziewczyna Amber Dorner śmieje się psychicznie, uderza po drodze jednego Strażnika Pokoju, a na scenie, gdy mają już wychodzić pluje na buty opiekunki. Ciekawe co jej za to zrobią. W dystrykcie 11 mamy parę zdziwionych nastolatków - Andreas'a Smith'a i Margaret Bailey. Nic szczególnego. Ostatni dystrykt, 12 to rówieśnicy, mają na oko po 14 lat. Jest to Max Tonyes, który wygląda jakby miał eksplodować i Cornelia Sinsley, która ze spokojem i łzami w oczach podąża ku scenie. Potem jest jeszcze parę słów od Ceasar'a Flickerman'a i audycja dobiega końca.



Przyglądam się wszystkim interesującym mnie uważnie, ale gdy tylko ostatni trybuci znikają z ekranu już nie zwracam na film uwagi. 
- Aż tak okropnie wypadliśmy? - pytam z rozbawieniem wstając
- A nawet gorzej na żywo - dopowiada mi ojciec
- Ech..., będzie trzeba to nadrobić - krzywię się 
- Niestety - odpowiada Sam
- Tak czy inaczej, na razie idę spać. Jak na coś wpadniecie to możecie mi powiedzieć rano - mówię i wlokę się do łóżka
To był męczący psychicznie dzień. Mam wrażenie jakby minął cały tydzień. Kładę się spać i zaraz potem zasypiam jednak w środku nocy budzi mnie krzyk. Wzdycham cicho, wolno zdrapuję się z łóżka i idę do Sam. Wchodzę do jej pokoju i siadam obok. 
- Sam - mówię głaszcząc ją po włosach
Otwiera oczy i pacza na mnie. 
- A nie mówiłem - uśmiecham się do niej 
Widać, że chwilę walczy z sobą, ale potem też niepewnie się uśmiecha. 
- Idź może umyć sobie twarz co? - pytam 
Kiwa głową i niepewnie wstaje, odprowadzam ją wzrokiem do łazienki. Wraca po paru minutach, widać, że z nią lepiej. 
- Zły sen? - pytam przesuwając się by mogła się położyć 
- Mhm - mruczy i kładzie się obok
Delikatnie odgarniam jej włosy z czoła.
- Mam zostać do rana? 
- Jak możesz... - odpowiada cicho
Kładę się obok i patrzę w sufit. Przypomina mi się jak dwa lata temu leżeliśmy na łące pewnego letniego dnia gdy nie chciało nam się wracać na noc. 
- Wiesz co? Chyba nie będę wróżbitą - stwierdzam 


Uśmiecham się lekko pod nosem.
- A kiedykolwiek o tym myślałeś? - mówię
Wzrusza ramionami.
- Czemu nie... - mówi sztywno.
Odwracam się do niego. Leży na plecach i patrzy na jakiś punkt na suficie. Chciałabym powiedzieć mu o wszystkich moich obawach. O tym co może zdarzyć się na arenie, przy Rogu Obfitości. Odkąd na losowaniu usłyszałam swoje imię i nazwisko ciągle mam nieprzyjemne uczucie w brzuchu. To chyba ze stresu. Wiedziałam, że mogę tu trafić, ale jakoś chyba to wcześniej do mnie nie docierało i teraz objawiają się tego efekty. Chcę mu powiedzieć, że tak już będzie wyglądała każda moja noc. Będę chodzić spać, w środku nocy budzić się z krzykiem i nie będę potem zasypiać. A może będę spała z bronią pod ręką? Ile osób wtedy niepotrzebnie skrzywdzę? Chcę mu to wszystko bez wyjątku powiedzieć, ale zamiast tego leżę cicho i też obserwuję sufit. Jakby tam miało być coś ciekawego.
- Noctis... Nie chcę trafiać na arenę. Co się wtedy stanie z nami wszystkimi? - co za głupie pytanie. Pozabijamy się. - I przepraszam też, że musisz tu siedzieć..
Uśmiecha się lekko pod nosem.
- Ej.. wszystko będzie dobrze pamiętasz? - szturcha mnie lekko
- Jasne, że pamiętam. - powoli podnoszę kąciki ust.
Spoglądam na zegar na szafce obok szafy. 2:45 w nocy. Dopiero? Mam wrażenie, jakby ta noc trwała wieki. Patrzę jeszcze przez okno. Mimo nocy nadal jedziemy z zawrotną prędkością. Może to nie byłoby takie głupie gdybym wyskoczyła? Kręcę głową i opadam na poduszkę.
- Dobranoc.. - mówię sennie i kładę mu głowę na ramieniu.
Zasypiam.

Część Pierwsza: Wolność [Part 4]

Wstaję rano nieco zdrętwiały. Jak zawsze jedne z moich koszmarów. Nawet już nie pamiętam co mi się śniło. Pamiętam tylko strach. Mam tak często. Pamiętam samo uczucie kierowane do snu ale nic więcej, żadnych szczegółów. Zbieram się szybko i wychodzę, nawet nie przeszukuję kuchni w poszukiwaniu śniadania, wiem, że i tak nic tam nie zastanę. Idę wolno na swoje stanowisko kiedy słyszę jakieś skrzypnięcie. Zaraz później puszczam się biegiem na przód ponieważ strop zaczyna walić mi się na głowę. Widzę, że jeszcze parę osób robi to samo. Chowam się w miarę bezpiecznym miejscu z paroma innymi. Zawala się prawie połowa hali, cały sufit leci w dół, zostają jedynie pojedyncze belki i widok szarawego nieba przeplatanego pyłem. Jeden z stałych pracowników wychodzi widocznie został tam ktoś dla niego bliski. Wiem, że na pewno jest wielu rannych pod stertą gruzu gdyż prawie wszyscy stawili się już, a ze mną jest tylko dziesięć osób.
Nie było by to najgorsze, dałoby się to wszystko przeżyć. Poszukać rannych, dostarczyć do lekarza, ale gruzy naruszyły jeden z pieców, który wybucha. Zaraz za nim idzie kolejny i większość staje w płomieniach, które odcinają nam drogę ucieczki i zbliżają się w niebezpiecznym tempie.
- Musimy się stąd wydostać - decyduje ktoś
Wywiązuje się z tego dyskusja między dorosłymi, jednak ja ich nie słucham, wybiegam szybko, wyszarpuję się z rąk osób, które próbują mnie powstrzymać. Biegnę przez gruzy szukając jakiegoś nie zawalonego wyjścia. słyszę stęk drewna i z trudem unikam płonącej bali, która prawie spadła mi na głowę. Wołających mnie ludzi dawno zostawiłem za sobą. nie chcą iść? Nie zmuszam, ale ja nie zostanę bo wiem, że jeśli płomienie się całkiem rozjuszą nikt nie wyjdzie z tego żywy. Widzę wysoko okno, jedyną drogę ucieczki z tego więzienia. Krztuszę się dymem i zaczynają mi łzawić oczy więc zawiązuje chustę na ustach.
Po chwili jestem już blisko, prawie wyskakuję przez okno ale zawala się kolejna bala stropu, odskakuję i w ręcz nabijam sobie łydkę na sterczący z gruzowiska drut. Wyję z przeraźliwego bólu, na szczęście chyba nie uszkodziło to żadnego nerwu więc mogę kulejąc iść dalej.
Okno jak na wysokości jakiś dwóch metrów nad ziemią więc rzucam ostatnie spojrzenie na wielką halę i zeskakuję w dół. Ląduję na ziemi i słyszę tylko jak reszta się zawala, jestem zbyt wyczerpany by się podnieść więc po prostu leżę twarzą w piasku. Słyszę jeszcze głosy jakiś ludzi, z których wychwytuję głos Sam jednak nie mam siły na nią spojrzeć. Po chwili zapada ciemność jakbym zapadł w mimowolny sen.



Rano zebrałam się szybko i ruszyłam do pracy. Olivia na szczęście znalazła opiekunkę dla dziecka, więc wszyscy oprócz Jake'a są dzisiaj w pracy. Nie dzieje się nic szczególnego, dzień jak co dzień. Nagle drzwi zaplecza gwałtownie się otwierają i wchodzi trochę blada Jenn.
- Sam, możemy porozmawiać?
- Jasne. - wycieram ręce w fartuch i wychodzę z nią na dwór.
- Słuchaj... Gdzie pracuje ten twój kolega, Noctis? - pyta słabo.
- W elektrowni.. - mówię niepewnie.
- Przed chwilą jeden z naszych stałych klientów powiedział, że był tam wypadek. Większość pieców wybuchła..
Żołądek podchodzi mi do gardła, chce mi się wymiotować.
- Pomyślałam, że powinnaś tam iść.. Sprawdzić.. czy nic mu nie jest. - mówi
Kiwam głową.
- Poradzicie sobie beze mnie? - mówię cicho i zdejmuję fartuch, wręczam jej go.
- Pewnie, leć.
Dosłownie lecę. Pędzę między domami, żeby jak najszybciej się tam dostać. Omijam zaskoczonych ludzi, słońce praży niemiłosiernie. Widzę już z daleka kłęby dymu i płomienie. Część Strażników Pokoju próbuje to gasić, inni pilnują, żeby nikt nie wszedł do środka. Zatrzymuję się tuż przed nimi i patrzę, jak wszystko się wali. Tracę nadzieję, że Noctis wyjdzie z tego żywy i nagle widzę, jak ktoś skacze z okna. To on! Mogłam się domyślić, że tak łatwo się nie podda. Ląduje na jakiejś stercie ziemi, albo piachu. Nie zwracam na to uwagi. Przebijam się szybko przez tłum ludzi i Strażników Pokoju. Podbiegam szybko do niego.
- Noctis! - krzyczę, żeby go obudzić.
To, że wyszedł z elektrowni nie znaczy, że wszystko dobrze. Przewracam go na plecy, śpi. Jest cały pokryty sadzą. Zakrywam usta dłonią gdy widzę krwawą ranę na łydce.
- Noctis, obudź się, proszę. - mówię klepiąc go po policzku i wmawiając sobie, że to coś da.
To nic nie da. On potrzebuje lekarza. Rozglądam się, czy ktoś z tłumu nie mógłby mi pomóc przetransportować go do szpitala, ale nikt nie zwraca na mnie uwagi. Wszyscy są pochłonięci szukania swoich bliskich w stercie gruzu.
- Sam! - słyszę nagle gdzieś z tłumu.
Widzę, jak David i moja mama przedostają się do mnie i z przerażeniem obserwują rany Noctis'a.
- Moglibyście pomóc mi zanieść go do lekarza? - mówię przez łzy.
Nie czekam długo na odpowiedź. Biorę go pod ręce, mama za nogi, a David przytrzymuje zranioną łydkę. Narzucam szybkie tempo, na tyle szybkie, że mój brat praktycznie biegnie. Jesteśmy pod gabinetem lekarza za niecałe 5 minut. Nikt z rannych jeszcze tu nie dotarł, jesteśmy pierwsi. Jest to jakby mini szpital, ale miejsc jest tu stosunkowo mało, tylko dla najbardziej chorych lub poszkodowanych. Jestem prawie pewna, że Noctis się załapie. Od razu ktoś do nas podchodzi, woła kogoś o nazwisku Dolly. Kierują nas na salę, gdzie czeka wysoki, szczupły mężczyzna, prawdopodobnie Doktor Dolly.
- Levis? Joy Levis? - zwraca się do mojej mamy.
- Tracer Dolly! Tyle lat! - na twarzy mamy pojawia się cień uśmiechu.
- Przepraszam, pogadacie później, teraz chyba mamy ważniejszą rzecz do zrobienia prawda? - mówię niecierpliwie i rozpaczliwie.
- Racja. Wypadek w elektrowni tak? - pyta i od razu bada Noctis'a.
- Tak. - nerwowo przytakuję.
- Muszę go zabrać na chwilę na salę operacyjną, trzeba oczyścić łydkę... Widzę, że się nieźle skaleczył. Zaraz do was wrócę, muszę to opatrzyć.
Woła kogoś, kto pomaga mu zabrać Noctis'a, a ja idę za nimi do czasu aż mi wolno. Siadam na podłodze przed salą do której weszli i czekam. Wolałabym przy tym być, ale nic na to nie poradzę. Po niecałej godzinie wychodzi, wiezie Noctis'a na łóżku szpitalnym do sali, gdzie byliśmy z początku. Mówi, że to się powinno zagoić, i że powinien się za niedługo obudzić. Dziękuję lekarzowi za pomoc i przysuwam sobie krzesło obok jego łóżka. Minuty zmieniły się w wieczność. Zapada powoli zmrok i moja mama mówi, że wróci już z David'em do domu.
- Jakbyś czegoś potrzebowała to wiesz gdzie jestem. - uprzedza na pożegnanie.
Kiwam głową. Jestem jej wdzięczna, że nie nalegała, abym wróciła z nimi. I tak bym tego nie zrobiła. Opieram głowę na ręce i patrzę na Noctis'a. Dobrze, że jest na tyle uparty i bystry, że znalazł to okno i wykorzystał go. W przeciwnym razie pewnie bym już teraz nie siedziała obok niego. Oczy zaczynają mi się kleić, ale nie pozwalam sobie na odpoczynek i czekam aż się obudzi.



Kiedy zaczynam się budzić przed oczami dla odmiany miałem biel. Szkoda, już myślałem, że to koniec. Wolno otwieram oczy i pierwsze co widzę to siedzącą obok Sam.
- E..., tak tu biało, że myślałem, że są święta i napadało - mówię i zaczynam kaszleć
- Wszystko okej? Jak się czujesz? - pyta widocznie zaniepokojona czyli nie wyglądam najlepiej
Chce jej odpowiedzieć ale zamiast tego wymiotuję na nią mieszaniną wody i czarnego pyłu przez co wymiociny są czarną mazią.
- Sorka... - mówię wycierając usta
Sam widocznie nie wie jak zareagować bo z jednej strony nie najlepiej ze mną, a z drugiej pewnie chętnie by mnie teraz palnęła w łeb
- Może lepiej idź się przebrać, jesteś trochę brudna - mówię z bezczelnym uśmiechem, a wtedy już po prostu zdziela mnie po łbie
Krzywi się tylko. Jednak racja, po tym wymiotowaniu nieco mi się poprawiło.
- Tia.., chyba tak będę musiała zrobić - mruczy pod nosem lekko wkurzona
- To czekaj..., zbiorę się i pójdę z Tobą - stwierdzam wolno siadając
- Odbiło Ci?! - podnosi na mnie głos
- Nie drzyj się jak stare prześcieradło bo jeszcze mi dzwoni w uszach po wybuchu - mówię ziewając
- Już się chyba wyspałeś - mówi
- Tak, tak, szkoda, że mi doktorek zniszczył spodnie, ale chyba jakoś przeżyję - dąsam się i wolno wstaję
Zawiązuje porządniej buty.
- Szybko wyzdrowiałeś - mówi z lekkim wyrzutem
- Przepraszam, że Cię wystraszyłem. Jak widać dajesz radę - odpowiadam
Wywraca oczami.
- Idziemy? - pytam rozglądając się szybko
- Chyba powinieneś zostać - stwierdza Sam
- Nie wygłupiaj się - odpowiadam i wstaje
Mimowolnie kapituluje i wolno ruszamy do wyjścia. Mimo, że przed chwilą Sam oberwała mieszanką pyłu i braku mojego śniadania wszystko gra. Lekko kuleję, ale nie czuję zawrotów głowy czy czegoś innego, chyba najmniej mi się oberwało, to tylko lekkie otarcie na nodze ( no może nieco głębsze) ale poza tym wszystko gra.  



Lekarz co prawda ma pewne zastrzeżenia do tego, aby Noctis już opuszczał szpital (ja zresztą też), ale obiecujemy mu, że jeśli coś się pogorszy to od razu wrócimy. Wręcza mojemu koledze maść, którą musi smarować nogę oraz kilka bandaży. Daję mu małą sumę pieniędzy, tak po prostu, za wszystko. Dziękujemy mu jeszcze raz i powoli wychodzimy ze szpitala.
- Dalej jestem zdania, że powinieneś zostać w szpitalu. Widziałam Twoją łydkę jako pierwsza i nie wyglądała za dobrze. - stwierdzam.
- Przesadzasz. Czuję się nieźle, serio. - odpowiada.
- Na pewno wszystko dobrze? Nie masz żadnych zawrotów głowy, nudności czy coś? - wolę się upewnić.
- Na pewno. Trochę sobie pospałem i już wszystko jest super. - lekko unosi kącik ust.
Kręcę głową.
- Ale ty jesteś uparty. - stwierdzam.
Uśmiecha się jedynie. Idziemy wolno w kierunku domu, jest już dosyć ciemno. Godzinę temu do szpitala trafiło bardzo wiele ludzi, z poważnymi obrażeniami. Niestety z tego co widzę obok elektrowni (przechodzimy koło niej) nie wszystkim się udało. Kilka rodzin dalej przetrzepują gruzy w nadziei, że znajdą tam żywą osobę, którą tak gorączkowo poszukują. Noctis lekko kuleje, ale raczej z tego wyjdzie. Jestem też wdzięczna lekarzowi, że dał mu lekarstwo i zastanawiam się, czy to nie dlatego, że jestem córką jego najwidoczniej dawnej znajomej.
- Ale mi stracha napędziłeś, wiesz..? - udawany żal.
- Wiem, wiem, przepraszam. - mówi lekko rozbawiony.
Docieramy do mojego domu po około dwudziestu minutach, bo szliśmy wolno.
- Wejdziesz może na chwilę? Musisz też coś zjeść, skoro śniadanie postanowiłeś zwrócić. - krzywię się.

- Okej... Ale jakie tam śniadanie? Woda i trochę pyłu - stwierdzam ze śmiechem i wchodzę za nią
Mama i brat sam akurat siedzą w kuchni gdzie i my zmierzamy
- Dzień Dobry - witam się z uśmiechem
- Już lepiej? - pyta jej mama z lekkim zaniepokojeniem
- Tak, tak - zapewniam - Siemka David
Chłopak kiwa tylko głową.
- Nie za dużo tego witania? Już Cię dzisiaj nosili - mówi Sam
Wywracam oczami i siadam sobie na blacie.
- Dziękuje, na prawdę, mogliście mnie tam zostawić - odpowiadam i prawie od razu dostaję mocno w twarz od Sam
Patrzę na nią ze zdziwieniem. Nie, nie przez uderzenie, często zdarza mi się palnąć coś za co mnie bije i nie przykładam na to większej uwagi gdyż nie robi tego zbyt mocno.
Pocieram ręką miejsce uderzenia gdyż lekko piecze.
- Nie waż się przy mnie więcej mówić czegoś takiego - syczy patrząc mi w oczy poważnie
Gdyby nie było to tak poważne pewnie wybuchnęła by śmiechem na widok mojego wyrazu twarzy ale jakoś nikomu nie do śmiechu.
- Jasne - mówię i wywracam oczami
Kiwa głową i jakby nigdy nic robi posiłek z tego co im zostało. Wodzę za nią wzrokiem nic nie mówiąc.



Czasami wkurza mnie jego lekkomyślność i takie bezstresowe podejście do życia. Nie darowałabym sobie, jeśli bym go tam zostawiła, albo nie zdążyła go stamtąd zabrać. Jeszcze nie podziękowałam mamie i bratu za pomoc, ale zrobię to później. I tak pewnie wiedzą, że jestem im bardzo wdzięczna. To się rozumie samo przez się. Robię Noctis'owi kanapki z serem i szynką. Tak szynką, widocznie mama dzisiaj kupiła trochę za ten sweter. Też będę musiała jej podziękować. Tymczasem David szepcze coś mamie na ucho i wychodzą z pokoju. Może chce z nią porozmawiać na temat Igrzysk, albo coś. Robię jeszcze herbatę.
- Nie mów mi już nigdy czegoś takiego w stylu "Mogłaś mnie zostawić" itp. Nie wybaczyłabym sobie, gdybym Cię tam zostawiła. - mówię stojąc plecami do niego.
Siedzi cicho, widocznie trawi moje słowa. Kątem oka widzę, że chyba kiwa głową, ale nie jestem pewna. Podaję mu kanapki i herbatę, po czym deklaruję, że idę się przebrać. Ciekawe, czy te ubrania kiedykolwiek zdołam dobrać z wymiocin. Gdy wracam Noctis już tylko sączy herbatę, a talerz jest pusty.
- Chyba głodny byłeś. - zauważam.
- Jak zawsze. - uśmiecha się.
- Gdzie teraz będziesz pracował? - pytam siadając naprzeciwko niego.
Wzrusza ramionami.
- Nie mam pojęcia.. - mówi.



- Będę sobie musiał jakoś poradzić - stwierdzam i ziewam
- Co dalej zmęczony? - odpowiada rozbawiona
- Ej..., mam prawo być zmęczony - zauważał z nadąsaną miną i zeskakuję z blatu
- Jasne, jasne - mówi nieco prowokacyjnie
- Dobra, ja spadam do siebie - burczę pod nosem i ruszam do drzwi.
Sam jednak łapie mnie za rękę, a ja zerkam na nią przez ramię.
- Tylko się nie przemęczaj jasne? - mówi i puszcza
- Tia..., jak słońce - odpowiadam
Po chwili jestem już w domu. Rzucam się na łóżko i prawie od razu zasypiam. Mam szczęście gdyż nie mam żadnego snu.

Część Pierwsza: Wolność [Part 3]

Mimo obietnicy przed domem Sam zjawiam się już o 5:30. Cicho się wkradam i mam szczęście, że nie zamykają drzwi na klucz. Idę cicho do kuchni i przyrządzam Sam śniadanie samemu nieco przy tym podjadając. Mimo, że u Sam w kuchni nie ma wielu rzeczy i tak więcej niż u mnie. Stawiam jej talerz na stole i idę ją obudzić. Na szczęście śpi po zewnętrznej stronie więc nie muszę przy okazji budzić David'a.
- Sam... - szepcze jej koło ucha i delikatnie nią trzęsę
- Hym? - mruczy siadając i przeciera oczy
Nieruchomieje na chwilę po czym jak błyskawica zrywa się z łóżka i znika w łazience. Nieco zaskoczony czekam na jej powrót. Po niecałych 10 minutach jest z powrotem.
- Ile zaspałam? - pyta zdenerwowana
- Nic..., przyszedłem o piątej... - mówię
Mam wrażenie, że zaraz mnie zatłucze. Uśmiecham się nerwowo, a ona zaciska ręce w pięści.
- Zrobiłem Ci śniadanie - dodaję jakby nic się nie stało
- Zabiję Cię kiedyś - warczy i idzie do kuchni
Drepcze za nią. Siada przy stole i bierze się za jedzenie skromnego śniadania. Siadam na blacie.
- Musisz zawsze wstawać tak wcześnie? - pyta dalej nieco zła
- Nie, bardzo chętnie bym się wyspał - odpowiadam krzywiąc się
Wzdycha cicho i wstaje wkładając talerz do zlewu.
- Przynajmniej nie musisz się gonić - zauważam
Wywraca oczami i tak wolno ruszamy do pracy Sam.
- Ej..., idziemy w sobotę do lasu? - pytam
- W sobotę są dożynki - odpowiada krzywiąc się
- No, po losowaniach nie? - mówię wywracając oczami
- Właściwie to okej - wzrusza ramionami
Uśmiecham się od razu. Po chwili docieramy na miejsce, a Sam ciągnie mnie na zaplecze.
- W ile się tego nauczyłaś? - pytam zanim weszliśmy
- W... godzinę? - odpowiada
- Zakład, że nauczę się szybciej? - uśmiecham się pod nosem
Też się uśmiecha.
- Jasne, a o co? - odpowiada
- O to co zawsze - zapewniam
- No niech Ci będzie - mówi po chwili milczenia i otwiera drzwi
Od razu podwijam rękawy.
- Kocham się z Tobą zakładać bo zawsze wygrywam - mówię wchodząc za nią.



Na zapleczu już jest Tracy, rozmawia z Jenn. Olivia pewnie będzie za chwilę. Noctis'owi każę założyć fartuch, który czeka na niego w małym pokoiku, nazywam go zawsze Szopą, bo jest w fatalnym stanie. Kiwa głową i tam idzie, a ja w tym czasie podchodzę do dziewczyn.
- Cześć. - witam się. - Jake jest chory prawda? Pomyślałam, że przyprowadzę kolegę.. Noctis'a. Tego co wczoraj po mnie przyszedł. Nauczy się wyrobu chleba i nam tu pomoże, a my nie będziemy musiały tak harować..
Jenn uśmiecha się, a Tracy patrzy na mnie zabawnie i podejrzliwie.
- Jasne, to bardzo dobry pomysł. - uśmiechają się.
- Super, dzięki. Mamy jeszcze tę książkę? Myślę, że ona nauczy go lepiej niż ja.. - trochę się czerwienię.
- Jasne, powinna być w tym małym pokoju naszym. - przypomina mi Tracy
- W Szopie. - poprawiam ją, a ona się śmieje.
Jenn wychodzi i idzie za kasę, bo zaraz otwieramy, a ja idę do Szopy. Jest tam jeszcze Noctis i coś robi ze swoim (Jake'a) fartuchem. Ja tymczasem podchodzę do jedynej szafki i otwieram szufladę. Wyciągam bardzo zakurzoną książkę i ocieram ją rękawem.
- Co to jest? - pyta Noctis zaciekawiony
- Książka, która nauczy cię jak robić chleb. - uśmiecham się promiennie.
- A myślałem, że ty mnie będziesz uczyć. - mówi z uśmiechem.
- Książka chyba nauczy cię lepiej. - krzywię się trochę.
Ubieram szybko fartuch i splątuję włosy. Wychodzimy z Szopy, a na zaplecze wpada zmartwiona Jenn.
- Słuchajcie, dziecko Olivii się poparzyło i nie może dzisiaj przyjść. Ktoś musi ją tam zastąpić.. - mówi zdyszana i bliska płaczu.
- Ja mogę. - odzywa się Tracy i idzie za Jenn posyłając mi krótki uśmiech.
Nie wiem co kombinuje, ale dobra. Wychodzą obie i zamykają drzwi na zaplecze.
- No to zabieramy się do roboty. - klaszczę w ręce.
Noctis kiwa głową i otwiera książkę, a ja biorę się od razu do pracy.



Zacieram ręce i szybko czytam wszystko co jest napisane.
- No zbyt trudne się nie wydaje - mówię do Sam, która już pracuje
- Czas leci - przypomina z lekkim rozbawieniem
- Wiem przecież, ale mam go jeszcze dużo - odpowiadam
Robię wszystko po kolei krok po kroku wale się nie spiesząc, a Sam wykonując pracę przemyka się koło mnie tylko raz na jakiś czas. Po chwili kończę i daję jej gotowy bochenek. Podnosi na mnie wzrok zdziwiona.
- Jak nie wyjdzie to mamy przerąbane - mówi ale wkłada go do pieca
- Ja jestem pewien swojego - zapewniam - Ale jak na razie nie chcesz bym dalej robił to mogę posiedzieć przy piecu i tak robiłbym to cały dzień
- No dobra - zgadza się po chwili milczenia.
Wyciągam chleby z pieca, a Sam sprawdza mój, czekam by dowiedzieć się czy zdałem, jednocześnie wyciągam resztę.
- Wygląda okej... - mówi Sam ale widzę, że szuka czegoś do czego może się przyczepić
- Daj już spokój i przyznaj, że wygrałem - mówię wyciągając ostatni chleb z wielkiego pieca
Ogląda cały chleb starannie jeszcze raz i wzdycha cicho.
- Niestety... - zaczyna - jest okej
Odpowiadam jej szerokim uśmiechem.
- Jak zawsze jestem zwycięzcą - mówię ale Sam tylko wciska mi kolejne bochenki, które idą do pieca
- Tak, tak, też się strasznie cieszę - mówi sarkastycznie - a teraz się pośpiesz
Wywracam oczami z uśmiechem po czym kontynuuje wcześniej zaczętą pracę.
- Ej... - stwierdzam po paru godzinach kiedy dalej robimy to samo
- No? - Sam czeka na odpowiedź nawet się nie odrywając
- Ja właściwie w pracy robię to samo tylko w pracy nie muszę później tego wyciągać i jestem umorusany na czarno nie na biało - zauważam
Mimowolnie się uśmiecha, a przynajmniej tak mi się wydaje gdyż widzę jej twarz tylko pod ostrym kątem. Równie dobrze mogło mi się zdawać.
- Dobra, przerwa - stwierdza Sam parząc na zegar
- Dopiero dwunasta - mówię jednak nie protestuje
- Ale piekarnia jest nieczynna od dwunastej do drugiej - odpowiada Sam
- To bez sensu - mówię
- Co? - dziwi się Sam
- Skoro nie ma ludzi moglibyście sobie po prostu napiec kiedy będzie ruch i większość mogłaby już iść do domu - zauważam
- Ale u nas jest tak, poza tym panie geniusz jak nie chcesz możesz robić dalej - odpowiada lekko zirytowana
Uśmiecham się mimowolnie bo zawsze rozbawia mnie kiedy jest na prawdę zła.
- Dobra, nie ważne, idziemy na obiad? - proponuję
Wzrusza ramionami, krzyczy reszcie, gdzie idziemy po czym wolno ruszamy do drzwi. Kładę jej rękę na ramieniu kiedy jest już w progu.
- Ej..., ale dalej musisz uregulować zakład - szepcze jej do ucha po czym ją wymijam i uśmiecham się do niej.



Wychodzimy z piekarni, a ja ignorując jego wypowiedź mówię:
- Idziemy tam gdzie zawsze?
- Tak, ale nie zmieniaj tematu - uśmiecha się.
Idzie do mnie przodem, więc nie zdziwię się, jeśli zaraz się wywali.
- A o czym rozmawialiśmy? - udaję zdziwienie.
- O zakładzie, który wygrałem. - szczerzy się.
- Ty wygrałeś? Niemożliwe. - mówię lekko sarkastycznie.
- Oj proszę cię. Ja zawsze wygrywam nasze zakłady.
- Tylko dlatego, że zawsze zakładamy się o coś czego nie lubię, albo w czym nie jestem dobra. - żalę się.
Jako, że jest południe, jest bardzo gorąco. Słońce mocno praży dlatego idziemy powoli, żeby się nie zmęczyć. Fakt, do tej "restauracji" do której chodzimy nie jest daleko, ale droga dłuży się okropnie.
- No to możemy zawsze założyć się o coś, co lubisz. I tak wygram. - szczerzy się.
Pokazuję mu język.
- Możemy się założyć o to, kto pierwszy zgadnie co pływa w naszym obiedzie. - uśmiecham się.
- Ej.. ale ja jestem głodny i będę pewnie chciał to dokończyć..
- Nikt ci nie będzie zabraniał. - śmieję się.
Widać już miejsce do którego idziemy.
- No dobra, ale wiesz... najpierw musisz uregulować poprzedni zakład. - uśmiecha się promiennie.
Wzdycham lekko.
- No, niech ci będzie.
Podchodzę do niego i go całuję.



Uśmiecham się z satysfakcją i lekkim zdziwieniem kiedy Sam się ode mnie odsuwa.
- No i co się tak szczerzysz? - pyta lekko zła moim zachowaniem i idzie dalej
- Bo wiesz... - idę koło niej - miałem na myśli policzek ale skoro tak się zaangażowałaś...
Sam na chwilę przystaje trawiąc to co przed chwilą powiedziałem.
- Co? - pyta ta spokojnie, że jestem pewien, że zaraz wybuchnie
- Nic - mówię i ruszam biegiem i nie dostać od niej solidnego kopniaka
Rusza moim śladem, a kiedy oglądam się na nią przez ramię jej wzrok sam za nią mówi: " Zaraz Cię ukatrupię". Odwracam się i zatrzymuje się tak gwałtownie, że na mnie wlatuje, a ja uderzam plecami o ziemię. Przez chwilę jest zdezorientowana, jednak zaraz później wija mi mocno paznokcie w ramiona. Uśmiecham się do niej nerwowo.
- Miałeś na myśli policzek tak? Okej - mówi i uderza mnie dość mocno z liścia
Krzywię się, a Sam w tym czasie jest już na nogach. Też wolno siadam, ale ona już ruszyła przed siebie, Muszę nieźle się sprężyć by ją dogonić więc szybko wstaję i podbiegam za nią.
- Oj, nie obrażaj się, mogłaś się przecież pomylić - mówię niewinnie, a ona morduje mnie wzrokiem
Wciskam ręce w kieszenie, oboje ciężko oddychamy gdyż nie przebiegliśmy małego kawałka drogi, a upał robi swoje.
- Ale mi się podobało - zapewniam z uśmiechem, a wtedy Sam uderza mnie otwartą dłonią w tył głowy - Ał! Za co?!
- Wiesz za co - burczy pod nosem lekko zaczerwieniona i przyśpiesza kroku.
Parskam śmiechem, za co dostaję jeszcze raz ale nie zwracam większej uwagi gdyż Sam nie przykłada do tego zbyt dużej siły. Idziemy wolno dalej w milczeniu jednak ja dalej mam atak śmiechu. Widać, że moją towarzyszkę to strasznie irytuje jednak nie zwracam na to najmniejszej uwagi. Uspokajam się dopiero gdy jesteśmy na miejscu.
- To co z tym zakładem o zupę? - pyta
- Dobra - wzruszam ramionami - Zjem i tak
Kupuję nam dwie miski po czym siadamy przy stole.
- O to co zawsze? - upewniam się
Kiwa głową. Zaczynamy wymieniać co to może być.



Siadamy przy tym samym dwuosobowym stoliku co zawsze. Odkąd regularnie tu przychodzimy to miejsce zawsze jest puste, jakby było zarezerwowane, albo czekało akurat na nas. Nie ma zbyt dużego tłumu, może to dlatego, że jest południe i wszyscy w pracy, albo po prostu jest za gorąco na wycieczki. Albo jest tu zbyt śmieciowe (dosłownie) jedzenie. Nam to jednak nie przeszkadza, bo ani ja, ani Noctis nie dysponujemy dużą sumą pieniędzy, a to co tu podają da się przełknąć.
- Mam nadzieję, że ta zupa będzie z czegoś tak ohydnego, że zwrócisz to po godzinie. - uśmiecham się.
- Nie ma szans. Mi się nie da obrzydzić jedzenia. - też się uśmiecha.
- Zobaczymy.
Chwilę mieszam łyżką zupę. Jest gęsta i ma nieciekawy kolor, ale w smaku nie jest najgorsza. Co nie zmienia faktu, że jak na razie nie mam pomysłu z czego to może być.
- W ogóle to jaka jest nazwa tej zupy? - pytam nie spuszczając wzroku z talerza.
- A bo ja wiem.. - odpowiada mi Noctis, który zjadł już 1/4 zawartości.
Myślę chwilę co dostępnego jest w dystrykcie, z czego można zrobić taką... mieszankę.
- No kura to na pewno nie jest. - mówię zjadając kilka łyżek.
- Indyk ani kogut też nie. - dopowiada.
Zjadam kolejne kilka łyżeczek. Nie jest to coś wyjątkowego, ale raczej nie jadłam tego wcześniej.
- Widzisz, ty to zaproponowałaś, a ja i tak wygram. - Noctis się uśmiecha
- No coś ty. Nie dam Ci wygrać tym razem. - odwzajemniam uśmiech.
Myślę gorączkowo co to może być zjadając przy tym połowę zawartości talerza.

- Ym..., może przepiórka? - strzelam
Sam wzrusza ramionami. Patrzy na zupę krytycznie.
- Przyznaj, że nie masz pojęcia i cofamy zakład - mówię
Milczy przez dłuższy czas wpatrując się w zupę.
- Niech Ci będzie ale tylko dlatego, że tak ja ty nie mam pojęcia - odpowiada
Po chwili kończymy jeść i wolno wracamy gadając o wszystkim i o niczym.

Resztę dnia spędzamy w piekarni aż do wieczora kiedy szefowa Sam daje nam wolne. Wolno ruszamy do domu.
- Ej Sam? - mówię idąc wolno koło niej
- Hym? - podnosi na mnie wzrok
- Pojutrze masz na po południe tak? - pytam, a ona przytakuje skinieniem głowy
- Przejdziemy się jutro wieczorem nad jezioro? - pytam
- Chcesz pływać po ciemku? - krzywi się
- Nie, ale dobrze tam widać gwiazdy - zauważał
Kiwa głową.
- No dobra, czemu nie? - odpowiada
Zatrzymujemy się przy domu Sam.
- Tym razem też mam wpaść na śniadanie? - uśmiecham się do niej
- Nawet nie próbuj! - śmieje się wchodząc na plac
- Dobrze, dobrze - wywracam oczami - Przyjdę po Ciebie jutro po pracy dobra?
- Znowu? - marudzi
- Tak, a jak jeszcze raz tak zapytasz to będę co dziennie przychodzić - mówię pokazując jej język
- I tak przychodzisz co dziennie! - woła
- Nie wchodźmy w szczegóły - macham ręką na znak, że to mało ważne
Gdy Sam znika w domu ja także przypominam sobie, że powinienem już iść. Wolno wlokę się do domu i od razu kładę na łóżko. Koszmary nauczyły mnie, że lepiej brać prysznic rano.



Wchodzę powoli do domu i zamykam za sobą drzwi. Dzisiaj nie przyniosłam niczego z piekarni, ale mam nadzieję, że zostało coś jeszcze ze wczoraj. Zresztą ja aż taka głodna nie jestem, bardziej mi tu chodziło o mamę i David'a. A propos.. Gdzie David? Kładę torbę tam gdzie zawsze i idę do naszego wspólnego pokoju. Siedzi tam na parapecie i czegoś wypatruje.
- Hej. Na co się tak patrzysz? - pytam również zerkając tam gdzie on.
- Mama wyszła z domu jakieś dwie godziny temu. Powiedziała, że idzie do sąsiadki zapytać, czy nie chce kupić swetra i do tej pory nie wróciła. - wygląda na zaniepokojonego.
- Dwie godziny temu? - pytam, a on potwierdza. - Dziwne.
Zastanawiam się co mogło spowodować tą nieobecność. Nigdy nie była szczególnie towarzyska. Słyszę niewyraźne pukanie do drzwi, a następnie ich skrzypienie. Ktoś wszedł do domu. Schodzę szybko na dół w nadziei, że to mama i mam rację.
- David mi powiedział, że nie ma cię od dwóch godzin.. - mówię, gdy ona przechodzi przez próg
- Też miło cię widzieć. - wzdycha
- Gdzie byłaś? - ignoruję jej wypowiedź.
- U sąsiadki, Terry. Właśnie... Chciałabym zostać u niej na noc. Poradzisz sobie z David'em?
Na noc? Czy ja o czymś nie wiem? Nigdy nie była AŻ TAK towarzyska.
- Ym... No poradzę, ale wszystko gra? - jestem szczerze zdziwiona.
- Jasne. A teraz lecę, przyszłam jedynie cię powiadomić. - uśmiecha się i wychodzi.
Łał. Tyle niespodzianek jednego dnia. Idę wolno na górę i mówię do mojemu bratu, który schodzi z parapetu. Zauważam, że jest już w piżamie gotowy do snu. Kładę go więc do łóżka, a sama idę pod prysznic. Gdy wracam, on już śpi. Wślizguję się pod kołdrę i prawie momentalnie zasypiam. Śnią mi się Dożynki, ale jestem już starsza. Nie mogą mnie wybrać. Ale mogą wylosować kogoś innego... Odczytują chłopca "David Levis", a ja nic nie mogę zrobić. Stoję tylko i patrzę, jak wychodzi na scenę i nikt nie kwapi się, aby go zastąpić. Jego oczami widzę jak jedzie do Kapitolu, jak jest na paradzie trybutów, w ośrodku szkoleniowym, na wywiadzie. Widzę, jak tarcza wznosi go na arenę i jak walczy tam z dwa razy silniejszymi osobami. Oczywiście, jak to w koszmarach bywa, on ginie, a ja budzę się tłumiąc wrzask. Na szczęście jest już wczesny ranek, więc nie muszę znowu zmuszać się do snu...

Część Pierwsza: Wolność [Part 2]

Budzę się tłumiąc krzyk cały zlany zimnym potem. Mój sen był dziwny. Większość ludzi w moim wieku przed dożynkami ma koszmary o Igrzyskach. Ja nie. Goniła mnie śmierć. Śmierć, która wyglądała jak ciemność i ciemnością była. Próbowałem jej uciec ale była coraz bliżej aż całkiem mnie pochłonęła.
Wstaję wolno i idę wziąć prysznic, mimo, że myłem się wieczorem muszę zmarnować jeszcze nieco wody przez ten durny sen. Po tym wolno wlekę się do kuchni, jak zawsze lodówka jest całkiem pusta, z wyjątkiem starego spleśniałego kechap'u. Zamykam ją więc szybko i otwieram kolejne szafki, w jednej znajduję dwa sucharki. No cóż..., trzeba się tym zadowolić, do obiadu dociągnę.
Wychodzę z domu żując swoje śniadanie i kieruję się do Sam. Przeskakuje przez furtkę i pukam do drzwi. Muszę zapukać jeszcze raz by w drzwiach ukazała się niepewnie twarz Sam.
- Nie przesadzaj, tylko ja przychodzę tak wcześnie - mówię chrupiąc drugi sucharek
- I Strażnicy Pokoju - przypomina
- Paranoja - komentuje i wpraszam się do środka
- Co tak wcześnie? - zapyta zamykając drzwi
- Tak wyszło - odpowiadam i nie zwracając uwagi, że jest jeszcze w piżamie idę do kuchni
- Jesteś okropny! - mówi Sam dość głośno, pewnie by krzyknęła gdyby jej rodzina nie spała
- Wiem - odpowiadam
- Wpraszasz się o szóstej do domu i jeszcze pierwsze co do kuchni! - mówi idąc za mną i przytrzaskuje mi dłoń drzwiczkami szafki.
- Ała! Dobra, dobra, chciałem się tylko przywitać przed pracą i zapytać czy przejdziesz się ze mną na obiad - mówię masując obitą rękę
- Zastanowię się - odpowiada pchając mnie do drzwi
- Oj no weź..., mam dzisiaj wypłatę - mówię szczerząc zęby
Wolno idę ale z takim oporem, że ma czas na odpowiedź.
- No dobra, ale idź już bo wszystkich obudzisz - mówi lekko zirytowana
- Też się cieszę, że Cię widzę - odpowiadam i znikam za drzwiami po czym lecę do pracy by się nie spóźnić.



Kręcę lekko głową z uśmiechem gdy zamykam za nim drzwi. I tak musiał lecieć, bo zaraz zaczyna pracę. PRACĘ!!! Muszę szybko doprowadzić się do porządku, bo też się spóźnię. Szybko biegnę pod prysznic, ubieram się. Mama jeszcze śpi, nie mam zamiaru jej budzić. David natomiast krząta się po domu.
- Dave, wychodzę do pracy! - wołam.
- Dobra, baw się dobrze. - mówi z uśmiechem.
- Pamiętaj, nie otwieraj nikomu drzwi.
- Nie histeryzuj i idź już, bo się spóźnisz - śmieje się
Kręcę lekko głową, zabieram swoją torbę i wychodzę. Słońce wschodzi, a ja biegnę do piekarni, gdzie spędzę prawie cały dzisiejszy dzień, ale dostanę za to pieniądze, więc może być. Mijam kilka znanych mi osób, kiwam do nich głową, ale się nie zatrzymuję. Jestem w piekarni akurat na czas. Pracuję z bardzo miłymi osobami, Jenn stoi za kasą, Olivia pakuje wszystko co ludzie biorą, a Jake i Tracy mi pomagają przy wyrobie chleba itp.. Ubieram mój prymitywny fartuch i ruszam tam, gdzie moje miejsce. Witam się z wszystkimi i splątuję jeszcze włosy.
- Hej Sam! Jak tam? Jesteś może głodna? - Tracy z uśmiechem wymachuje niedużym kawałkiem chleba przed moim nosem.
Wszyscy w piekarni znają moją sytuację życiową, więc czasami mi odpuszczają. Często rano też robimy sobie mini wspólne śniadanie.
- Bardzo. - uśmiecham się, a ona podaje mi chleb.
- Przepraszam, że bez niczego, ale byłam już prawie spóźniona..
- No coś ty. Dziękuję. - uśmiecham się.
Pracownicy z piekarni są jak moja rodzina. Każdego z nich lubię na swój sposób. Moja rola tutaj polega na wkładaniu i wyciąganiu chleba z pieca i zanoszeniu go do Olivii. Dzięki temu już kilka razy miałam poparzone ręce, ale nie narzekam. Czasami, gdy ktoś nie może przyjść, bo jest np. chory zajmuję czyjeś miejsce. Zmieniamy się i nie krytykujemy. Około 12:00 przychodzi do mnie Jenn.
- Jest teraz mały ruch Sam, więc czas na przerwę. Jak zawsze, masz czas do 13:30. - uśmiecha się i puszcza mi oko.
Od 12:00 do 14:00 piekarnia jest zamknięta, ponieważ większość osób jest wtedy w pracy, albo po prostu nie wychodzi z domu. Jenn jednak jest na swoim miejscu, i gdyby ktoś tak akurat przyszedł to może go obsłużyć. Dziękuję jej, ściągam fartuch i wychodzę z piekarni. Pokonuję drogę do elektrowni dosyć szybko. Wchodzę do środka i szukam Noctis'a, jak zwykle jest na swoim miejscu pracy, przy wielkim, masywnym piecu. Podchodzę cicho do niego i łaskoczę go na powitanie.



Aż podskakuję kiedy Sam zaczyna mnie łaskotać.
- Oszalałaś?! - krzyczę łapiąc oddech
Odpowiada jedynie salwą śmiechu.
- Mam przerwę za 10 minut, poczekaj - powiadamiam ją wracając do pracy
Kiwa głową i siada na parapecie. Dokładnie po 10 minutach daje się słyszeć gwizd na przerwę. Bez słowa ruszamy ulicą, w czasie czego wycieram ręce w szmatkę.
- Wyglądasz jak po wycieczce do 12 - mówi Sam ledwo powstrzymując śmiech
- I podobnie się czuję - odpowiadam i również się uśmiecham
Idziemy na obiad jak zawsze do jednego z tańczysz barów jeśli w ogóle można tak to nazwać. Stajemy w kolejce, którą tworzą cztery osoby. Kładę na blat pieniądze za nasz posiłek po czym siadamy z miską gulaszu i kromką chleba przy stoliku. Jeśli chce się zjeść ten gulasz do końca lepiej nie rozprawiać z czego on jest i co w nim pływa.
- Zgadujemy? - pyta Sam
- Nie, proszę, ja chce skończyć ten obiad! - mówię szybko
- No dobra - odpowiada wywracając oczami
Jemy więc posiłek w milczeniu po czym wolno zbieramy się do drogi powrotnej.
- Przyjdę po Ciebie po pracy - zapewniam
- Musisz? - pyta nieco niegrzecznie ale dawno przestałem zwracać na to uwagę
Co z tego, że nie lubi kiedy jej brat albo ja przychodzimy po nią? Ja i tak lubię to robić i będę.
- Tak muszę bo aż mnie rozrywa żeby po Ciebie iść - śmieje się i znikam za drzwiami do elektrowni.
Muszę później pokonać jeszcze parę korytarzy i jestem na swoim miejscu pracy no i kolejne kilka godzin wrzucania węgla do pieca, świetna zabawa.

Kończę prawie całkiem wykończony. Idę przemyć na szybko twarz jednak nie zmywam całego pyłu co strasznie mnie drażni. Nie cierpię chodzić umorusany sadzą. Wlokę się do piekarni i wchodzę cicho, mimo, że jest jeszcze otwarte widać, że już zamykają.
- Co dla Ciebie? - pyta ekspedientka, stara się ukryć rozbawienie moim wyglądem.
Opieram się o blat.
- Myślę, że wszystko jest dla mnie za drogie ale przybywam tu po Sam - mówię z delikatnym uśmiechem
Kobieta tylko kiwa głową i znika na zapleczu.



Reszta dnia mija normalnie, tak jak zwykle. Wkładam chleb do pieca, pomagam innym, wyciągam, zanoszę Olivii i od nowa. Jake'a dzisiaj nie ma w pracy, jest chory. Złapała go potworna grypa. Efektem tego jest, że ja i Tracy zasuwamy jak szalone, żeby wszystko skończyć przed zamknięciem. Nie mamy nawet czasu, żeby o czymś porozmawiać, wręcz się mijamy. Nie przepadam za takimi dniami, ale cóż. Nie mogę winić Jake'a, że jest chory. To byłoby okropne i samolubne z mojej strony. Niestety ani ja, ani Tracy nie wiemy gdzie mieszka, żeby chociaż go pocieszyć. Naszą pracę przerywa Jenn.
- Sam, chyba ktoś po ciebie przyszedł - uśmiecha się.
Chwilę się zastanawiam, aż w końcu przypominam sobie, że Noctis obiecał wpaść po mnie po pracy. No tak, jak on się na coś uprze... Patrzę na Tracy, a ona kiwa głową, że mogę iść, a ona sobie poradzi. Uśmiecham się i dziękuję jej. Idę do malutkiego pokoiku gdzie mamy toaletę. Przemywam tam twarz w umywalce, zmywam mąkę z rąk. Rozpuszczam włosy, ściągam fartuch i zabieram torbę. Przechodzę jeszcze przez zaplecze i już chcę pożegnać się z Tracy, ale ona nie wygląda jakby chciała rozmawiać. Otwiera moją torbę i wkłada tam pół bochenka chleba. Wiem, że to nielegalne, dlatego jestem jej potwornie wdzięczna. Przytulam ją na pożegnanie i wychodzę. Kiwam głową do Jenn i widzę Noctis'a, który opiera się o ścianę lekko umorusany z sadzy. Wychodzimy bez słowa z piekarni.
- Trochę się nie domyłeś - stwierdzam ze śmiechem i strzepuję mu sadzę z policzka.
- Nawet mnie nie denerwuj. Mam to nawet na ubraniach. - narzeka, ale zauważam cień uśmiechu.
Słońce już zachodzi, a my suniemy powoli ulicą do domu. W przeciwieństwie do tego co było rano teraz idziemy powoli i leniwie.
- Jak w pracy? - pytam
- Jak zwykle. - wzrusza ramionami.
Przechodzimy obok uliczki, która prowadzi na jakieś pola.
- Chodź tylko, mam coś. - mówię i ciągnę go za rękę do tej uliczki.
Jest wąska i z dwóch stron otoczona budynkami. Tu nikt nie zauważy. Wyciągam bochenek chleba.
- Jesteś może głodny? - uśmiecham się.



Mimowolnie oblizuje usta.
- Jak zawsze - mówię z krzywym uśmiechem
Siadamy sobie na dachu jak wczoraj tylko po dniu pracy, a nie latania po lesie i zabawy. Sam ułamuje i kawałek i daje.
- Rany..., jak ja dawno nie jadłem świeżego chleba - mówię rozsiadając się
Sam się śmieje.
- Wcale nie dawno! - odpowiada
Wzruszam ramionami.
- Nie wchodź w szczegóły - mówię od niechcenia
Wywraca oczami z uśmiechem, a ja także mimowolnie się uśmiecham.
- Jutro mam wolne, przyjść Ci pomóc w pracy? Muszę odpracować chlebek, a podobno ktoś u was jest chory - zauważam
- A ty jak zawsze świetnie poinformowany - zauważa
- Naturalnie! Tak świetnie, że nawet wiem kto pojedzie na następne igrzyska! - zapewniam
- No? Kto? - pyta uznając żart
- Taka rudowłosa dwa lata starsza dziewczyna bez domu i blond włosy drągal rok od nas starszy - odpowiadam
- Zobaczymy! - stwierdza
Sam chowa jeszcze kawałek chleba do torby i złazimy na dół, ruszamy w dalszą drogę. Jest już prawie całkiem ciemno, a na niebie widać księżyc. Uwielbiam chodzić po nocach mimo, że rzadko mam na to okazję.
O tym, że Sam nie odpowiedziała na moje pytanie przypominam sobie dopiero przy jej domu, zagradzam jej furtkę.
- Co? Dzisiaj mnie dla odmiany nie puścisz? - pyta
- Może jak mnie ładnie poprosisz - odpowiadam szczerząc zęby
- Chyba śnisz! - woła i przeskakuje przez niski płotek
- Tak..., to nie był najlepszy pomysł.. - mruczę pod nosem - A tak właściwie chciałem wiedzieć czy Ci jutro pomóc czy nie? Nie lubię siedzieć bezczynnie

- A znasz się w ogóle na wyrobie chleba? - uśmiecham się
- Proszę cię! Łatwizna. - śmieje się
Opiera się o płot, a ja z drugiej strony podchodzę do niego.
- Ale wiesz... Będziesz umazany z mąki, a nie z sadzy - silę się na sztucznie poważny ton.
- Chyba jakoś będę to musiał przeżyć... - udaje smutek.
- No i nie wiem też czy dogadasz się z Tracy... Wiesz, ona może cię rozpraszać w pracy.
- Mnie? Rozpraszać? Nie dam jej się - uśmiecha się.
- Wiesz.. Tam jest okropnie gorąco.. - mówię dalej, sztucznie zatroskana
- Przecież wiesz, że nie lubię niskich temperatur.. - odgryza się
- No to w takim razie jesteś stworzony do tej pracy... - udaję smutek.
- Chcesz się zamienić? - śmieje się
- Chyba podziękuję.. - też się śmieję
- Czyli mogę?
- No dobra. Czekaj tu na mnie o 7:00, w piekarni musimy być o 7:30. - instruuję.
- Będę tu o 6:00 - droczy się ze mną.
- Nie wpuszczę cię do domu - pokazuję mu język.
Nagle słyszę jak drzwi za mną się otwierają. Widzę w nich moją mamę, lekko uśmiechniętą, wysoką kobietę o ciemnych włosach i niebieskich oczach.
- Może wejdziecie do środka? Tak tu stoicie.. - mówi z uśmiechem.
- Tak właściwie to ja już idę. - mówi Noctis - Do widzenia! - mówi do mojej mamy. - Będę tutaj o 6:00 - uśmiecha się do mnie i idzie do siebie.
Kręcę lekko głową i idę do drzwi. Witam się z mamą.
- Jesteś głodna? Mam chleb z piekarni. - mówię na wstępie idąc do kuchni.
- Kupiłaś? - dziwi się.
- Nie. Tracy mi dała...
Mama wygląda na lekko zmartwioną.
- Spokojnie, nikt nie widział.. - uspokajam ją.
Wykładam resztę bochenka na stół. Jestem zmęczona, więc żegnam się z mamą, David'em, biorę szybką kąpiel i idę spać. Muszę być wyspana i na wszelki wypadek czekać na Noctis'a o 6:00...