- Sam... - szepcze jej koło ucha i delikatnie nią trzęsę
- Hym? - mruczy siadając i przeciera oczy
Nieruchomieje na chwilę po czym jak błyskawica zrywa się z łóżka i znika w łazience. Nieco zaskoczony czekam na jej powrót. Po niecałych 10 minutach jest z powrotem.
- Ile zaspałam? - pyta zdenerwowana
- Nic..., przyszedłem o piątej... - mówię
Mam wrażenie, że zaraz mnie zatłucze. Uśmiecham się nerwowo, a ona zaciska ręce w pięści.
- Zrobiłem Ci śniadanie - dodaję jakby nic się nie stało
- Zabiję Cię kiedyś - warczy i idzie do kuchni
Drepcze za nią. Siada przy stole i bierze się za jedzenie skromnego śniadania. Siadam na blacie.
- Musisz zawsze wstawać tak wcześnie? - pyta dalej nieco zła
- Nie, bardzo chętnie bym się wyspał - odpowiadam krzywiąc się
Wzdycha cicho i wstaje wkładając talerz do zlewu.
- Przynajmniej nie musisz się gonić - zauważam
Wywraca oczami i tak wolno ruszamy do pracy Sam.
- Ej..., idziemy w sobotę do lasu? - pytam
- W sobotę są dożynki - odpowiada krzywiąc się
- No, po losowaniach nie? - mówię wywracając oczami
- Właściwie to okej - wzrusza ramionami
Uśmiecham się od razu. Po chwili docieramy na miejsce, a Sam ciągnie mnie na zaplecze.
- W ile się tego nauczyłaś? - pytam zanim weszliśmy
- W... godzinę? - odpowiada
- Zakład, że nauczę się szybciej? - uśmiecham się pod nosem
Też się uśmiecha.
- Jasne, a o co? - odpowiada
- O to co zawsze - zapewniam
- No niech Ci będzie - mówi po chwili milczenia i otwiera drzwi
Od razu podwijam rękawy.
- Kocham się z Tobą zakładać bo zawsze wygrywam - mówię wchodząc za nią.
Na zapleczu już jest Tracy, rozmawia z Jenn. Olivia pewnie będzie za chwilę. Noctis'owi każę założyć fartuch, który czeka na niego w małym pokoiku, nazywam go zawsze Szopą, bo jest w fatalnym stanie. Kiwa głową i tam idzie, a ja w tym czasie podchodzę do dziewczyn.
- Cześć. - witam się. - Jake jest chory prawda? Pomyślałam, że przyprowadzę kolegę.. Noctis'a. Tego co wczoraj po mnie przyszedł. Nauczy się wyrobu chleba i nam tu pomoże, a my nie będziemy musiały tak harować..
Jenn uśmiecha się, a Tracy patrzy na mnie zabawnie i podejrzliwie.
- Jasne, to bardzo dobry pomysł. - uśmiechają się.
- Super, dzięki. Mamy jeszcze tę książkę? Myślę, że ona nauczy go lepiej niż ja.. - trochę się czerwienię.
- Jasne, powinna być w tym małym pokoju naszym. - przypomina mi Tracy
- W Szopie. - poprawiam ją, a ona się śmieje.
Jenn wychodzi i idzie za kasę, bo zaraz otwieramy, a ja idę do Szopy. Jest tam jeszcze Noctis i coś robi ze swoim (Jake'a) fartuchem. Ja tymczasem podchodzę do jedynej szafki i otwieram szufladę. Wyciągam bardzo zakurzoną książkę i ocieram ją rękawem.
- Co to jest? - pyta Noctis zaciekawiony
- Książka, która nauczy cię jak robić chleb. - uśmiecham się promiennie.
- A myślałem, że ty mnie będziesz uczyć. - mówi z uśmiechem.
- Książka chyba nauczy cię lepiej. - krzywię się trochę.
Ubieram szybko fartuch i splątuję włosy. Wychodzimy z Szopy, a na zaplecze wpada zmartwiona Jenn.
- Słuchajcie, dziecko Olivii się poparzyło i nie może dzisiaj przyjść. Ktoś musi ją tam zastąpić.. - mówi zdyszana i bliska płaczu.
- Ja mogę. - odzywa się Tracy i idzie za Jenn posyłając mi krótki uśmiech.
Nie wiem co kombinuje, ale dobra. Wychodzą obie i zamykają drzwi na zaplecze.
- No to zabieramy się do roboty. - klaszczę w ręce.
Noctis kiwa głową i otwiera książkę, a ja biorę się od razu do pracy.
Zacieram ręce i szybko czytam wszystko co jest napisane.
- No zbyt trudne się nie wydaje - mówię do Sam, która już pracuje
- Czas leci - przypomina z lekkim rozbawieniem
- Wiem przecież, ale mam go jeszcze dużo - odpowiadam
Robię wszystko po kolei krok po kroku wale się nie spiesząc, a Sam wykonując pracę przemyka się koło mnie tylko raz na jakiś czas. Po chwili kończę i daję jej gotowy bochenek. Podnosi na mnie wzrok zdziwiona.
- Jak nie wyjdzie to mamy przerąbane - mówi ale wkłada go do pieca
- Ja jestem pewien swojego - zapewniam - Ale jak na razie nie chcesz bym dalej robił to mogę posiedzieć przy piecu i tak robiłbym to cały dzień
- No dobra - zgadza się po chwili milczenia.
Wyciągam chleby z pieca, a Sam sprawdza mój, czekam by dowiedzieć się czy zdałem, jednocześnie wyciągam resztę.
- Wygląda okej... - mówi Sam ale widzę, że szuka czegoś do czego może się przyczepić
- Daj już spokój i przyznaj, że wygrałem - mówię wyciągając ostatni chleb z wielkiego pieca
Ogląda cały chleb starannie jeszcze raz i wzdycha cicho.
- Niestety... - zaczyna - jest okej
Odpowiadam jej szerokim uśmiechem.
- Jak zawsze jestem zwycięzcą - mówię ale Sam tylko wciska mi kolejne bochenki, które idą do pieca
- Tak, tak, też się strasznie cieszę - mówi sarkastycznie - a teraz się pośpiesz
Wywracam oczami z uśmiechem po czym kontynuuje wcześniej zaczętą pracę.
- Ej... - stwierdzam po paru godzinach kiedy dalej robimy to samo
- No? - Sam czeka na odpowiedź nawet się nie odrywając
- Ja właściwie w pracy robię to samo tylko w pracy nie muszę później tego wyciągać i jestem umorusany na czarno nie na biało - zauważam
Mimowolnie się uśmiecha, a przynajmniej tak mi się wydaje gdyż widzę jej twarz tylko pod ostrym kątem. Równie dobrze mogło mi się zdawać.
- Dobra, przerwa - stwierdza Sam parząc na zegar
- Dopiero dwunasta - mówię jednak nie protestuje
- Ale piekarnia jest nieczynna od dwunastej do drugiej - odpowiada Sam
- To bez sensu - mówię
- Co? - dziwi się Sam
- Skoro nie ma ludzi moglibyście sobie po prostu napiec kiedy będzie ruch i większość mogłaby już iść do domu - zauważam
- Ale u nas jest tak, poza tym panie geniusz jak nie chcesz możesz robić dalej - odpowiada lekko zirytowana
Uśmiecham się mimowolnie bo zawsze rozbawia mnie kiedy jest na prawdę zła.
- Dobra, nie ważne, idziemy na obiad? - proponuję
Wzrusza ramionami, krzyczy reszcie, gdzie idziemy po czym wolno ruszamy do drzwi. Kładę jej rękę na ramieniu kiedy jest już w progu.
- Ej..., ale dalej musisz uregulować zakład - szepcze jej do ucha po czym ją wymijam i uśmiecham się do niej.
Wychodzimy z piekarni, a ja ignorując jego wypowiedź mówię:
- Idziemy tam gdzie zawsze?
- Tak, ale nie zmieniaj tematu - uśmiecha się.
Idzie do mnie przodem, więc nie zdziwię się, jeśli zaraz się wywali.
- A o czym rozmawialiśmy? - udaję zdziwienie.
- O zakładzie, który wygrałem. - szczerzy się.
- Ty wygrałeś? Niemożliwe. - mówię lekko sarkastycznie.
- Oj proszę cię. Ja zawsze wygrywam nasze zakłady.
- Tylko dlatego, że zawsze zakładamy się o coś czego nie lubię, albo w czym nie jestem dobra. - żalę się.
Jako, że jest południe, jest bardzo gorąco. Słońce mocno praży dlatego idziemy powoli, żeby się nie zmęczyć. Fakt, do tej "restauracji" do której chodzimy nie jest daleko, ale droga dłuży się okropnie.
- No to możemy zawsze założyć się o coś, co lubisz. I tak wygram. - szczerzy się.
Pokazuję mu język.
- Możemy się założyć o to, kto pierwszy zgadnie co pływa w naszym obiedzie. - uśmiecham się.
- Ej.. ale ja jestem głodny i będę pewnie chciał to dokończyć..
- Nikt ci nie będzie zabraniał. - śmieję się.
Widać już miejsce do którego idziemy.
- No dobra, ale wiesz... najpierw musisz uregulować poprzedni zakład. - uśmiecha się promiennie.
Wzdycham lekko.
- No, niech ci będzie.
Podchodzę do niego i go całuję.
Uśmiecham się z satysfakcją i lekkim zdziwieniem kiedy Sam się ode mnie odsuwa.
- No i co się tak szczerzysz? - pyta lekko zła moim zachowaniem i idzie dalej
- Bo wiesz... - idę koło niej - miałem na myśli policzek ale skoro tak się zaangażowałaś...
Sam na chwilę przystaje trawiąc to co przed chwilą powiedziałem.
- Co? - pyta ta spokojnie, że jestem pewien, że zaraz wybuchnie
- Nic - mówię i ruszam biegiem i nie dostać od niej solidnego kopniaka
Rusza moim śladem, a kiedy oglądam się na nią przez ramię jej wzrok sam za nią mówi: " Zaraz Cię ukatrupię". Odwracam się i zatrzymuje się tak gwałtownie, że na mnie wlatuje, a ja uderzam plecami o ziemię. Przez chwilę jest zdezorientowana, jednak zaraz później wija mi mocno paznokcie w ramiona. Uśmiecham się do niej nerwowo.
- Miałeś na myśli policzek tak? Okej - mówi i uderza mnie dość mocno z liścia
Krzywię się, a Sam w tym czasie jest już na nogach. Też wolno siadam, ale ona już ruszyła przed siebie, Muszę nieźle się sprężyć by ją dogonić więc szybko wstaję i podbiegam za nią.
- Oj, nie obrażaj się, mogłaś się przecież pomylić - mówię niewinnie, a ona morduje mnie wzrokiem
Wciskam ręce w kieszenie, oboje ciężko oddychamy gdyż nie przebiegliśmy małego kawałka drogi, a upał robi swoje.
- Ale mi się podobało - zapewniam z uśmiechem, a wtedy Sam uderza mnie otwartą dłonią w tył głowy - Ał! Za co?!
- Wiesz za co - burczy pod nosem lekko zaczerwieniona i przyśpiesza kroku.
Parskam śmiechem, za co dostaję jeszcze raz ale nie zwracam większej uwagi gdyż Sam nie przykłada do tego zbyt dużej siły. Idziemy wolno dalej w milczeniu jednak ja dalej mam atak śmiechu. Widać, że moją towarzyszkę to strasznie irytuje jednak nie zwracam na to najmniejszej uwagi. Uspokajam się dopiero gdy jesteśmy na miejscu.
- To co z tym zakładem o zupę? - pyta
- Dobra - wzruszam ramionami - Zjem i tak
Kupuję nam dwie miski po czym siadamy przy stole.
- O to co zawsze? - upewniam się
Kiwa głową. Zaczynamy wymieniać co to może być.
Siadamy przy tym samym dwuosobowym stoliku co zawsze. Odkąd regularnie tu przychodzimy to miejsce zawsze jest puste, jakby było zarezerwowane, albo czekało akurat na nas. Nie ma zbyt dużego tłumu, może to dlatego, że jest południe i wszyscy w pracy, albo po prostu jest za gorąco na wycieczki. Albo jest tu zbyt śmieciowe (dosłownie) jedzenie. Nam to jednak nie przeszkadza, bo ani ja, ani Noctis nie dysponujemy dużą sumą pieniędzy, a to co tu podają da się przełknąć.
- Mam nadzieję, że ta zupa będzie z czegoś tak ohydnego, że zwrócisz to po godzinie. - uśmiecham się.
- Nie ma szans. Mi się nie da obrzydzić jedzenia. - też się uśmiecha.
- Zobaczymy.
Chwilę mieszam łyżką zupę. Jest gęsta i ma nieciekawy kolor, ale w smaku nie jest najgorsza. Co nie zmienia faktu, że jak na razie nie mam pomysłu z czego to może być.
- W ogóle to jaka jest nazwa tej zupy? - pytam nie spuszczając wzroku z talerza.
- A bo ja wiem.. - odpowiada mi Noctis, który zjadł już 1/4 zawartości.
Myślę chwilę co dostępnego jest w dystrykcie, z czego można zrobić taką... mieszankę.
- No kura to na pewno nie jest. - mówię zjadając kilka łyżek.
- Indyk ani kogut też nie. - dopowiada.
Zjadam kolejne kilka łyżeczek. Nie jest to coś wyjątkowego, ale raczej nie jadłam tego wcześniej.
- Widzisz, ty to zaproponowałaś, a ja i tak wygram. - Noctis się uśmiecha
- No coś ty. Nie dam Ci wygrać tym razem. - odwzajemniam uśmiech.
Myślę gorączkowo co to może być zjadając przy tym połowę zawartości talerza.
- Ym..., może przepiórka? - strzelam
Sam wzrusza ramionami. Patrzy na zupę krytycznie.
- Przyznaj, że nie masz pojęcia i cofamy zakład - mówię
Milczy przez dłuższy czas wpatrując się w zupę.
- Niech Ci będzie ale tylko dlatego, że tak ja ty nie mam pojęcia - odpowiada
Po chwili kończymy jeść i wolno wracamy gadając o wszystkim i o niczym.
- Ej Sam? - mówię idąc wolno koło niej
- Hym? - podnosi na mnie wzrok
- Pojutrze masz na po południe tak? - pytam, a ona przytakuje skinieniem głowy
- Przejdziemy się jutro wieczorem nad jezioro? - pytam
- Chcesz pływać po ciemku? - krzywi się
- Nie, ale dobrze tam widać gwiazdy - zauważał
Kiwa głową.
- No dobra, czemu nie? - odpowiada
Zatrzymujemy się przy domu Sam.
- Tym razem też mam wpaść na śniadanie? - uśmiecham się do niej
- Nawet nie próbuj! - śmieje się wchodząc na plac
- Dobrze, dobrze - wywracam oczami - Przyjdę po Ciebie jutro po pracy dobra?
- Znowu? - marudzi
- Tak, a jak jeszcze raz tak zapytasz to będę co dziennie przychodzić - mówię pokazując jej język
- I tak przychodzisz co dziennie! - woła
- Nie wchodźmy w szczegóły - macham ręką na znak, że to mało ważne
Gdy Sam znika w domu ja także przypominam sobie, że powinienem już iść. Wolno wlokę się do domu i od razu kładę na łóżko. Koszmary nauczyły mnie, że lepiej brać prysznic rano.
Wchodzę powoli do domu i zamykam za sobą drzwi. Dzisiaj nie przyniosłam niczego z piekarni, ale mam nadzieję, że zostało coś jeszcze ze wczoraj. Zresztą ja aż taka głodna nie jestem, bardziej mi tu chodziło o mamę i David'a. A propos.. Gdzie David? Kładę torbę tam gdzie zawsze i idę do naszego wspólnego pokoju. Siedzi tam na parapecie i czegoś wypatruje.
- Hej. Na co się tak patrzysz? - pytam również zerkając tam gdzie on.
- Mama wyszła z domu jakieś dwie godziny temu. Powiedziała, że idzie do sąsiadki zapytać, czy nie chce kupić swetra i do tej pory nie wróciła. - wygląda na zaniepokojonego.
- Dwie godziny temu? - pytam, a on potwierdza. - Dziwne.
Zastanawiam się co mogło spowodować tą nieobecność. Nigdy nie była szczególnie towarzyska. Słyszę niewyraźne pukanie do drzwi, a następnie ich skrzypienie. Ktoś wszedł do domu. Schodzę szybko na dół w nadziei, że to mama i mam rację.
- David mi powiedział, że nie ma cię od dwóch godzin.. - mówię, gdy ona przechodzi przez próg
- Też miło cię widzieć. - wzdycha
- Gdzie byłaś? - ignoruję jej wypowiedź.
- U sąsiadki, Terry. Właśnie... Chciałabym zostać u niej na noc. Poradzisz sobie z David'em?
Na noc? Czy ja o czymś nie wiem? Nigdy nie była AŻ TAK towarzyska.
- Ym... No poradzę, ale wszystko gra? - jestem szczerze zdziwiona.
- Jasne. A teraz lecę, przyszłam jedynie cię powiadomić. - uśmiecha się i wychodzi.
Łał. Tyle niespodzianek jednego dnia. Idę wolno na górę i mówię do mojemu bratu, który schodzi z parapetu. Zauważam, że jest już w piżamie gotowy do snu. Kładę go więc do łóżka, a sama idę pod prysznic. Gdy wracam, on już śpi. Wślizguję się pod kołdrę i prawie momentalnie zasypiam. Śnią mi się Dożynki, ale jestem już starsza. Nie mogą mnie wybrać. Ale mogą wylosować kogoś innego... Odczytują chłopca "David Levis", a ja nic nie mogę zrobić. Stoję tylko i patrzę, jak wychodzi na scenę i nikt nie kwapi się, aby go zastąpić. Jego oczami widzę jak jedzie do Kapitolu, jak jest na paradzie trybutów, w ośrodku szkoleniowym, na wywiadzie. Widzę, jak tarcza wznosi go na arenę i jak walczy tam z dwa razy silniejszymi osobami. Oczywiście, jak to w koszmarach bywa, on ginie, a ja budzę się tłumiąc wrzask. Na szczęście jest już wczesny ranek, więc nie muszę znowu zmuszać się do snu...
Sam wzrusza ramionami. Patrzy na zupę krytycznie.
- Przyznaj, że nie masz pojęcia i cofamy zakład - mówię
Milczy przez dłuższy czas wpatrując się w zupę.
- Niech Ci będzie ale tylko dlatego, że tak ja ty nie mam pojęcia - odpowiada
Po chwili kończymy jeść i wolno wracamy gadając o wszystkim i o niczym.
- Ej Sam? - mówię idąc wolno koło niej
- Hym? - podnosi na mnie wzrok
- Pojutrze masz na po południe tak? - pytam, a ona przytakuje skinieniem głowy
- Przejdziemy się jutro wieczorem nad jezioro? - pytam
- Chcesz pływać po ciemku? - krzywi się
- Nie, ale dobrze tam widać gwiazdy - zauważał
Kiwa głową.
- No dobra, czemu nie? - odpowiada
Zatrzymujemy się przy domu Sam.
- Tym razem też mam wpaść na śniadanie? - uśmiecham się do niej
- Nawet nie próbuj! - śmieje się wchodząc na plac
- Dobrze, dobrze - wywracam oczami - Przyjdę po Ciebie jutro po pracy dobra?
- Znowu? - marudzi
- Tak, a jak jeszcze raz tak zapytasz to będę co dziennie przychodzić - mówię pokazując jej język
- I tak przychodzisz co dziennie! - woła
- Nie wchodźmy w szczegóły - macham ręką na znak, że to mało ważne
Gdy Sam znika w domu ja także przypominam sobie, że powinienem już iść. Wolno wlokę się do domu i od razu kładę na łóżko. Koszmary nauczyły mnie, że lepiej brać prysznic rano.
Wchodzę powoli do domu i zamykam za sobą drzwi. Dzisiaj nie przyniosłam niczego z piekarni, ale mam nadzieję, że zostało coś jeszcze ze wczoraj. Zresztą ja aż taka głodna nie jestem, bardziej mi tu chodziło o mamę i David'a. A propos.. Gdzie David? Kładę torbę tam gdzie zawsze i idę do naszego wspólnego pokoju. Siedzi tam na parapecie i czegoś wypatruje.
- Hej. Na co się tak patrzysz? - pytam również zerkając tam gdzie on.
- Mama wyszła z domu jakieś dwie godziny temu. Powiedziała, że idzie do sąsiadki zapytać, czy nie chce kupić swetra i do tej pory nie wróciła. - wygląda na zaniepokojonego.
- Dwie godziny temu? - pytam, a on potwierdza. - Dziwne.
Zastanawiam się co mogło spowodować tą nieobecność. Nigdy nie była szczególnie towarzyska. Słyszę niewyraźne pukanie do drzwi, a następnie ich skrzypienie. Ktoś wszedł do domu. Schodzę szybko na dół w nadziei, że to mama i mam rację.
- David mi powiedział, że nie ma cię od dwóch godzin.. - mówię, gdy ona przechodzi przez próg
- Też miło cię widzieć. - wzdycha
- Gdzie byłaś? - ignoruję jej wypowiedź.
- U sąsiadki, Terry. Właśnie... Chciałabym zostać u niej na noc. Poradzisz sobie z David'em?
Na noc? Czy ja o czymś nie wiem? Nigdy nie była AŻ TAK towarzyska.
- Ym... No poradzę, ale wszystko gra? - jestem szczerze zdziwiona.
- Jasne. A teraz lecę, przyszłam jedynie cię powiadomić. - uśmiecha się i wychodzi.
Łał. Tyle niespodzianek jednego dnia. Idę wolno na górę i mówię do mojemu bratu, który schodzi z parapetu. Zauważam, że jest już w piżamie gotowy do snu. Kładę go więc do łóżka, a sama idę pod prysznic. Gdy wracam, on już śpi. Wślizguję się pod kołdrę i prawie momentalnie zasypiam. Śnią mi się Dożynki, ale jestem już starsza. Nie mogą mnie wybrać. Ale mogą wylosować kogoś innego... Odczytują chłopca "David Levis", a ja nic nie mogę zrobić. Stoję tylko i patrzę, jak wychodzi na scenę i nikt nie kwapi się, aby go zastąpić. Jego oczami widzę jak jedzie do Kapitolu, jak jest na paradzie trybutów, w ośrodku szkoleniowym, na wywiadzie. Widzę, jak tarcza wznosi go na arenę i jak walczy tam z dwa razy silniejszymi osobami. Oczywiście, jak to w koszmarach bywa, on ginie, a ja budzę się tłumiąc wrzask. Na szczęście jest już wczesny ranek, więc nie muszę znowu zmuszać się do snu...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz