Wstaję wolno i idę wziąć prysznic, mimo, że myłem się wieczorem muszę zmarnować jeszcze nieco wody przez ten durny sen. Po tym wolno wlekę się do kuchni, jak zawsze lodówka jest całkiem pusta, z wyjątkiem starego spleśniałego kechap'u. Zamykam ją więc szybko i otwieram kolejne szafki, w jednej znajduję dwa sucharki. No cóż..., trzeba się tym zadowolić, do obiadu dociągnę.
Wychodzę z domu żując swoje śniadanie i kieruję się do Sam. Przeskakuje przez furtkę i pukam do drzwi. Muszę zapukać jeszcze raz by w drzwiach ukazała się niepewnie twarz Sam.
- Nie przesadzaj, tylko ja przychodzę tak wcześnie - mówię chrupiąc drugi sucharek
- I Strażnicy Pokoju - przypomina
- Paranoja - komentuje i wpraszam się do środka
- Co tak wcześnie? - zapyta zamykając drzwi
- Tak wyszło - odpowiadam i nie zwracając uwagi, że jest jeszcze w piżamie idę do kuchni
- Jesteś okropny! - mówi Sam dość głośno, pewnie by krzyknęła gdyby jej rodzina nie spała
- Wiem - odpowiadam
- Wpraszasz się o szóstej do domu i jeszcze pierwsze co do kuchni! - mówi idąc za mną i przytrzaskuje mi dłoń drzwiczkami szafki.
- Ała! Dobra, dobra, chciałem się tylko przywitać przed pracą i zapytać czy przejdziesz się ze mną na obiad - mówię masując obitą rękę
- Zastanowię się - odpowiada pchając mnie do drzwi
- Oj no weź..., mam dzisiaj wypłatę - mówię szczerząc zęby
Wolno idę ale z takim oporem, że ma czas na odpowiedź.
- No dobra, ale idź już bo wszystkich obudzisz - mówi lekko zirytowana
- Też się cieszę, że Cię widzę - odpowiadam i znikam za drzwiami po czym lecę do pracy by się nie spóźnić.
Kręcę lekko głową z uśmiechem gdy zamykam za nim drzwi. I tak musiał lecieć, bo zaraz zaczyna pracę. PRACĘ!!! Muszę szybko doprowadzić się do porządku, bo też się spóźnię. Szybko biegnę pod prysznic, ubieram się. Mama jeszcze śpi, nie mam zamiaru jej budzić. David natomiast krząta się po domu.
- Dave, wychodzę do pracy! - wołam.
- Dobra, baw się dobrze. - mówi z uśmiechem.
- Pamiętaj, nie otwieraj nikomu drzwi.
- Nie histeryzuj i idź już, bo się spóźnisz - śmieje się
Kręcę lekko głową, zabieram swoją torbę i wychodzę. Słońce wschodzi, a ja biegnę do piekarni, gdzie spędzę prawie cały dzisiejszy dzień, ale dostanę za to pieniądze, więc może być. Mijam kilka znanych mi osób, kiwam do nich głową, ale się nie zatrzymuję. Jestem w piekarni akurat na czas. Pracuję z bardzo miłymi osobami, Jenn stoi za kasą, Olivia pakuje wszystko co ludzie biorą, a Jake i Tracy mi pomagają przy wyrobie chleba itp.. Ubieram mój prymitywny fartuch i ruszam tam, gdzie moje miejsce. Witam się z wszystkimi i splątuję jeszcze włosy.
- Hej Sam! Jak tam? Jesteś może głodna? - Tracy z uśmiechem wymachuje niedużym kawałkiem chleba przed moim nosem.
Wszyscy w piekarni znają moją sytuację życiową, więc czasami mi odpuszczają. Często rano też robimy sobie mini wspólne śniadanie.
- Bardzo. - uśmiecham się, a ona podaje mi chleb.
- Przepraszam, że bez niczego, ale byłam już prawie spóźniona..
- No coś ty. Dziękuję. - uśmiecham się.
Pracownicy z piekarni są jak moja rodzina. Każdego z nich lubię na swój sposób. Moja rola tutaj polega na wkładaniu i wyciąganiu chleba z pieca i zanoszeniu go do Olivii. Dzięki temu już kilka razy miałam poparzone ręce, ale nie narzekam. Czasami, gdy ktoś nie może przyjść, bo jest np. chory zajmuję czyjeś miejsce. Zmieniamy się i nie krytykujemy. Około 12:00 przychodzi do mnie Jenn.
- Jest teraz mały ruch Sam, więc czas na przerwę. Jak zawsze, masz czas do 13:30. - uśmiecha się i puszcza mi oko.
Od 12:00 do 14:00 piekarnia jest zamknięta, ponieważ większość osób jest wtedy w pracy, albo po prostu nie wychodzi z domu. Jenn jednak jest na swoim miejscu, i gdyby ktoś tak akurat przyszedł to może go obsłużyć. Dziękuję jej, ściągam fartuch i wychodzę z piekarni. Pokonuję drogę do elektrowni dosyć szybko. Wchodzę do środka i szukam Noctis'a, jak zwykle jest na swoim miejscu pracy, przy wielkim, masywnym piecu. Podchodzę cicho do niego i łaskoczę go na powitanie.
Aż podskakuję kiedy Sam zaczyna mnie łaskotać.
- Oszalałaś?! - krzyczę łapiąc oddech
Odpowiada jedynie salwą śmiechu.
- Mam przerwę za 10 minut, poczekaj - powiadamiam ją wracając do pracy
Kiwa głową i siada na parapecie. Dokładnie po 10 minutach daje się słyszeć gwizd na przerwę. Bez słowa ruszamy ulicą, w czasie czego wycieram ręce w szmatkę.
- Wyglądasz jak po wycieczce do 12 - mówi Sam ledwo powstrzymując śmiech
- I podobnie się czuję - odpowiadam i również się uśmiecham
Idziemy na obiad jak zawsze do jednego z tańczysz barów jeśli w ogóle można tak to nazwać. Stajemy w kolejce, którą tworzą cztery osoby. Kładę na blat pieniądze za nasz posiłek po czym siadamy z miską gulaszu i kromką chleba przy stoliku. Jeśli chce się zjeść ten gulasz do końca lepiej nie rozprawiać z czego on jest i co w nim pływa.
- Zgadujemy? - pyta Sam
- Nie, proszę, ja chce skończyć ten obiad! - mówię szybko
- No dobra - odpowiada wywracając oczami
Jemy więc posiłek w milczeniu po czym wolno zbieramy się do drogi powrotnej.
- Przyjdę po Ciebie po pracy - zapewniam
- Musisz? - pyta nieco niegrzecznie ale dawno przestałem zwracać na to uwagę
Co z tego, że nie lubi kiedy jej brat albo ja przychodzimy po nią? Ja i tak lubię to robić i będę.
- Tak muszę bo aż mnie rozrywa żeby po Ciebie iść - śmieje się i znikam za drzwiami do elektrowni.
Muszę później pokonać jeszcze parę korytarzy i jestem na swoim miejscu pracy no i kolejne kilka godzin wrzucania węgla do pieca, świetna zabawa.
- Co dla Ciebie? - pyta ekspedientka, stara się ukryć rozbawienie moim wyglądem.
Opieram się o blat.
- Myślę, że wszystko jest dla mnie za drogie ale przybywam tu po Sam - mówię z delikatnym uśmiechem
Kobieta tylko kiwa głową i znika na zapleczu.
Reszta dnia mija normalnie, tak jak zwykle. Wkładam chleb do pieca, pomagam innym, wyciągam, zanoszę Olivii i od nowa. Jake'a dzisiaj nie ma w pracy, jest chory. Złapała go potworna grypa. Efektem tego jest, że ja i Tracy zasuwamy jak szalone, żeby wszystko skończyć przed zamknięciem. Nie mamy nawet czasu, żeby o czymś porozmawiać, wręcz się mijamy. Nie przepadam za takimi dniami, ale cóż. Nie mogę winić Jake'a, że jest chory. To byłoby okropne i samolubne z mojej strony. Niestety ani ja, ani Tracy nie wiemy gdzie mieszka, żeby chociaż go pocieszyć. Naszą pracę przerywa Jenn.
- Sam, chyba ktoś po ciebie przyszedł - uśmiecha się.
Chwilę się zastanawiam, aż w końcu przypominam sobie, że Noctis obiecał wpaść po mnie po pracy. No tak, jak on się na coś uprze... Patrzę na Tracy, a ona kiwa głową, że mogę iść, a ona sobie poradzi. Uśmiecham się i dziękuję jej. Idę do malutkiego pokoiku gdzie mamy toaletę. Przemywam tam twarz w umywalce, zmywam mąkę z rąk. Rozpuszczam włosy, ściągam fartuch i zabieram torbę. Przechodzę jeszcze przez zaplecze i już chcę pożegnać się z Tracy, ale ona nie wygląda jakby chciała rozmawiać. Otwiera moją torbę i wkłada tam pół bochenka chleba. Wiem, że to nielegalne, dlatego jestem jej potwornie wdzięczna. Przytulam ją na pożegnanie i wychodzę. Kiwam głową do Jenn i widzę Noctis'a, który opiera się o ścianę lekko umorusany z sadzy. Wychodzimy bez słowa z piekarni.
- Trochę się nie domyłeś - stwierdzam ze śmiechem i strzepuję mu sadzę z policzka.
- Nawet mnie nie denerwuj. Mam to nawet na ubraniach. - narzeka, ale zauważam cień uśmiechu.
Słońce już zachodzi, a my suniemy powoli ulicą do domu. W przeciwieństwie do tego co było rano teraz idziemy powoli i leniwie.
- Jak w pracy? - pytam
- Jak zwykle. - wzrusza ramionami.
Przechodzimy obok uliczki, która prowadzi na jakieś pola.
- Chodź tylko, mam coś. - mówię i ciągnę go za rękę do tej uliczki.
Jest wąska i z dwóch stron otoczona budynkami. Tu nikt nie zauważy. Wyciągam bochenek chleba.
- Jesteś może głodny? - uśmiecham się.
Mimowolnie oblizuje usta.
- Jak zawsze - mówię z krzywym uśmiechem
Siadamy sobie na dachu jak wczoraj tylko po dniu pracy, a nie latania po lesie i zabawy. Sam ułamuje i kawałek i daje.
- Rany..., jak ja dawno nie jadłem świeżego chleba - mówię rozsiadając się
Sam się śmieje.
- Wcale nie dawno! - odpowiada
Wzruszam ramionami.
- Nie wchodź w szczegóły - mówię od niechcenia
Wywraca oczami z uśmiechem, a ja także mimowolnie się uśmiecham.
- Jutro mam wolne, przyjść Ci pomóc w pracy? Muszę odpracować chlebek, a podobno ktoś u was jest chory - zauważam
- A ty jak zawsze świetnie poinformowany - zauważa
- Naturalnie! Tak świetnie, że nawet wiem kto pojedzie na następne igrzyska! - zapewniam
- No? Kto? - pyta uznając żart
- Taka rudowłosa dwa lata starsza dziewczyna bez domu i blond włosy drągal rok od nas starszy - odpowiadam
- Zobaczymy! - stwierdza
Sam chowa jeszcze kawałek chleba do torby i złazimy na dół, ruszamy w dalszą drogę. Jest już prawie całkiem ciemno, a na niebie widać księżyc. Uwielbiam chodzić po nocach mimo, że rzadko mam na to okazję.
O tym, że Sam nie odpowiedziała na moje pytanie przypominam sobie dopiero przy jej domu, zagradzam jej furtkę.
- Co? Dzisiaj mnie dla odmiany nie puścisz? - pyta
- Może jak mnie ładnie poprosisz - odpowiadam szczerząc zęby
- Chyba śnisz! - woła i przeskakuje przez niski płotek
- Tak..., to nie był najlepszy pomysł.. - mruczę pod nosem - A tak właściwie chciałem wiedzieć czy Ci jutro pomóc czy nie? Nie lubię siedzieć bezczynnie
- A znasz się w ogóle na wyrobie chleba? - uśmiecham się
- Proszę cię! Łatwizna. - śmieje się
Opiera się o płot, a ja z drugiej strony podchodzę do niego.
- Ale wiesz... Będziesz umazany z mąki, a nie z sadzy - silę się na sztucznie poważny ton.
- Chyba jakoś będę to musiał przeżyć... - udaje smutek.
- No i nie wiem też czy dogadasz się z Tracy... Wiesz, ona może cię rozpraszać w pracy.
- Mnie? Rozpraszać? Nie dam jej się - uśmiecha się.
- Wiesz.. Tam jest okropnie gorąco.. - mówię dalej, sztucznie zatroskana
- Przecież wiesz, że nie lubię niskich temperatur.. - odgryza się
- No to w takim razie jesteś stworzony do tej pracy... - udaję smutek.
- Chcesz się zamienić? - śmieje się
- Chyba podziękuję.. - też się śmieję
- Czyli mogę?
- No dobra. Czekaj tu na mnie o 7:00, w piekarni musimy być o 7:30. - instruuję.
- Będę tu o 6:00 - droczy się ze mną.
- Nie wpuszczę cię do domu - pokazuję mu język.
Nagle słyszę jak drzwi za mną się otwierają. Widzę w nich moją mamę, lekko uśmiechniętą, wysoką kobietę o ciemnych włosach i niebieskich oczach.
- Może wejdziecie do środka? Tak tu stoicie.. - mówi z uśmiechem.
- Tak właściwie to ja już idę. - mówi Noctis - Do widzenia! - mówi do mojej mamy. - Będę tutaj o 6:00 - uśmiecha się do mnie i idzie do siebie.
Kręcę lekko głową i idę do drzwi. Witam się z mamą.
- Jesteś głodna? Mam chleb z piekarni. - mówię na wstępie idąc do kuchni.
- Kupiłaś? - dziwi się.
- Nie. Tracy mi dała...
Mama wygląda na lekko zmartwioną.
- Spokojnie, nikt nie widział.. - uspokajam ją.
Wykładam resztę bochenka na stół. Jestem zmęczona, więc żegnam się z mamą, David'em, biorę szybką kąpiel i idę spać. Muszę być wyspana i na wszelki wypadek czekać na Noctis'a o 6:00...
- Proszę cię! Łatwizna. - śmieje się
Opiera się o płot, a ja z drugiej strony podchodzę do niego.
- Ale wiesz... Będziesz umazany z mąki, a nie z sadzy - silę się na sztucznie poważny ton.
- Chyba jakoś będę to musiał przeżyć... - udaje smutek.
- No i nie wiem też czy dogadasz się z Tracy... Wiesz, ona może cię rozpraszać w pracy.
- Mnie? Rozpraszać? Nie dam jej się - uśmiecha się.
- Wiesz.. Tam jest okropnie gorąco.. - mówię dalej, sztucznie zatroskana
- Przecież wiesz, że nie lubię niskich temperatur.. - odgryza się
- No to w takim razie jesteś stworzony do tej pracy... - udaję smutek.
- Chcesz się zamienić? - śmieje się
- Chyba podziękuję.. - też się śmieję
- Czyli mogę?
- No dobra. Czekaj tu na mnie o 7:00, w piekarni musimy być o 7:30. - instruuję.
- Będę tu o 6:00 - droczy się ze mną.
- Nie wpuszczę cię do domu - pokazuję mu język.
Nagle słyszę jak drzwi za mną się otwierają. Widzę w nich moją mamę, lekko uśmiechniętą, wysoką kobietę o ciemnych włosach i niebieskich oczach.
- Może wejdziecie do środka? Tak tu stoicie.. - mówi z uśmiechem.
- Tak właściwie to ja już idę. - mówi Noctis - Do widzenia! - mówi do mojej mamy. - Będę tutaj o 6:00 - uśmiecha się do mnie i idzie do siebie.
Kręcę lekko głową i idę do drzwi. Witam się z mamą.
- Jesteś głodna? Mam chleb z piekarni. - mówię na wstępie idąc do kuchni.
- Kupiłaś? - dziwi się.
- Nie. Tracy mi dała...
Mama wygląda na lekko zmartwioną.
- Spokojnie, nikt nie widział.. - uspokajam ją.
Wykładam resztę bochenka na stół. Jestem zmęczona, więc żegnam się z mamą, David'em, biorę szybką kąpiel i idę spać. Muszę być wyspana i na wszelki wypadek czekać na Noctis'a o 6:00...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz